Tyranozaur w potrzasku

Jedni go nienawidzą, inni nie znoszą. I pomimo tego, że część fanów stoi za nim murem, gromy większe i mniejsze, które raz po raz na niego spadają, czynią jego walkę niemalże… heroiczną?

Phenom

Vitor Belfort. Młody dinozaur. Stary lew. A może odwrotnie. Rozpoczynał karierę osiemnaście lat temu, gdy części z jego dzisiejszych fanów jeszcze nie było na świecie. Archetyp weterana MMA. O ileż prawdziwszy od innych zawodników określanych tym samym mianem w materiałach promocyjnych wielu organizacji MMA nastręczających niewybrednemu widzowi słabeuszy, którzy nigdy nic w sporcie nie osiągnęli, ale mogą pochwalić się wysługą lat. Belfort to nie weteran, który na wojnie nie wyściubiał nosa poza biurko albo poległ z pierwszym lepszym żołdakiem, ale weteran, który rywalizował z najlepszymi na pierwszej linii frontu – i wygrywał.

Brazylijczyk nigdy jednak do końca nie sprostał gargantuicznym oczekiwaniom, które towarzyszyły mu od początku jego występów w MMA. Co jakiś czas zaliczał upadki, które nie pozwalają nikomu racjonalnie myślącemu stawiać go obok zawodników mających status legend MMA, takich jak Fedor Emelianenko, Georges Saint-Pierre czy Anderson Silva. Ale Phenom starał się, starał się bardzo. Czasami aż za bardzo. Po gali Pride 32 w 2006 roku i bezbarwnej porażce z Danem Hendersonem wykryto w jego organizmie niedozwolony środki dopingujące. Brazylijczyk ratował się niewiedzą, zrzucając winę na doktora Rodrigo Greco, który zresztą przyznał, że po zoperowaniu Belforta w lecie 2006 roku rzeczywiście zaaplikował mu w ramach rehabilitacji substancje zawierające testosteron, o czym jego pacjent prawdopodobnie nie wiedział, ale Komisja Sportowa w Nevadzie pomimo uznania wyjaśnień Brazylijczyka za wiarygodne, zawiesiła go na dziewięć miesięcy – podobnie zresztą jak Pawła Nastulę, który w tej niedoli towarzyszył wówczas Vitorowi. Phenom zawieszenia nie uszanował, wracając do walki już kilka miesięcy później, co znacznie pogorszyło jego relacje z najbardziej wpływową z Komisji Sportowych w Stanach Zjednoczonych i piastującym już wówczas stanowisko dyrektora, a dzisiaj będącym echem przeszłości Keithem Kizerem.

Seria kilku kolejnych wygranych doprowadziła Vitora Belforta do pojedynku o pas mistrzowski wagi średniej przeciwko ówczesnemu jej dominatorowi Andersonowi Silvie. Phenom nie sprostał jednak magii Pająka, osuwając się na deski na początku pojedynku po frontalnym kopnięciu krajana.

Vitor 2.0

Przegrana walka o pas stanowiła jednak punkt zwrotny w karierze Brazylijczyka. Po lekcji pokory rujnującej jego marzenia o pasie mistrzowskim, który pozostał na biodrach Silvy, Belfort na polecenie lekarza, którego nazwiska nie pamięta, zdecydował się na zastosowanie testosteronowej terapii zastępczej (TRT). Argumentował to później ogólnym osłabieniem organizmu. Miał wówczas 33 lata.

Gdyby po starciu z Andersonem Silvą Belfort nadal walczył mniej więcej w kratkę, nie byłoby problemu. Na szczęście/nieszczęście Brazylijczyka tak się jednak nie stało i Belfort sterroryzował w oktagonie pięciu z sześciu rywali, z którymi się później mierzył. Tylko Jon Jones, z którym Brazylijczyk wziął walkę w zastępstwie w kategorii półciężkiej, okazał się barierą nie do przejścia. Yoshihiro Akiyama, Anthony Johnson, Luke Rockhold i Dan Henderson – wszyscy oni padli w pierwszej rundzie. Mający doświadczenie w toczeniu bojów przeciwko zawodnikom będącym na TRT Michael Bisping wytrwał do drugiej rundy, ale ostatecznie i on został rozszarpany przez przeżywającego drugą młodość dinozaura. Brazylijczyk stał się najpoważniejszym pretendentem do pasa mistrzowskiego, a jego poczynania w oktagonie budziły podziw, trwogę, strach lub zniesmaczenie – zależnie od tego, kto jego występy oceniał. Na powrót, a może po raz pierwszy, stał się prawdziwym królem dżungli.

Dość!

A teraz błyskawicznie przenosimy się do 2014 roku. Komisja Sportowa w Nevadzie przed kilkoma dniami oficjalnie zdelegalizowała możliwość korzystania z TRT w sportach walki. Z dnia na dzień. Wczoraj mogłeś, dzisiaj nie możesz. Bez okresu przejściowego. Bez wyjątków. Dla dobra i czystości sportu. Pod presją opinii publicznej.

Co szczególnie ciekawe, oficjalnym powodem były, jak to zwykle bywa, pieniądze. A konkretnie ich rzekomy niedobór. Brakowało środków na monitorowanie tych kilku ledwie zawodników, którzy mieli pozwolenie na stosowanie TRT. Czy gdyby zaskórniaki jednak się znalazły, żadnej zmiany by nie było, czy też jest to jedynie zasłona dymna udająca uzasadnienie dla podjęcia takiej a nie innej decyzji, a tak naprawdę mająca na celu jedynie łatanie nadszarpniętej ostatnimi czasy reputacji komisji w Nevadzie? Wszystko to być może. Podczas tego feralnego posiedzenia podjęto bowiem także decyzje bezwzględnie dobre, takie jak choćby nadanie licencji w Nevadzie bardzo dobremu sędziemu ringowemu Jasonowi Herzogowi, znanemu głównie z Bellatora – wbrew temu, że Keith Kizer od dawna zapewniał, że w Nevadzie nie ma już miejsca dla nowych sędziów, zwłaszcza w kontekście Johna McCarthy’ego.

Nie mam wyboru. Albo TRT, albo umrę. Tak jeszcze niedawno o swojej kuracji mówił złotousty Chael Sonnen wystrugany przez włodarzy UFC – którym jego kuracja zdaje się nie przeszkadzać – na bohatera najnowszego TUFa. Dziś twierdzi, że da radę. Powszechnie lubiany Dan Henderson również swego czasu uzasadniał konieczność korzystania z kuracji względami zdrowotnymi. Okazuje się jednak, że i bez TRT jakoś żył – na UFC 161, gdzie mierzył się z Rashadem Evansem, do walki przygotowywał się bez wspomagania, bo zwyczajnie nie otrzymał, prawdopodobnie ze względów formalnych, na nie zgody. Przeżył. Choć przegrał.

W tym miejscu warto poczynić jedną, zasadniczą uwagę. W zgodnej opinii fachowców i eksperów, jeśli mężczyźnie zalecono stosowanie TRT, a mimo to jest on w stanie rywalizować w tak wymagającym sporcie jak MMA – i to na najwyższym poziomie! – także i bez rzeczonej kuracji, znaczy to, ni mniej, ni więcej, że zgody na TRT dostać nie powinien był. Jeśli komisje sportowe zezwalają zawodnikom na stosowanie kuracji testosteronowej podczas przygotowań do walki, to nie dlatego, żeby mogli oni lepiej zaprezentować się klatce, nie dlatego, że na TRT łatwiej znosić ciężkie treningi – otóż, jeśli komisja udziela zezwolenia na stosowanie zastępczej kuracji testosteronowej, to dzieje się tak dlatego, że w jej ocenie zawodnik o takową się ubiegający potrzebuje jej do normalnego funkcjonowania. Podkreślam – normalnego funkcjonowania, a nie bicia się w oktagonie.

Z powyższego wyciągnąć można dwa wnioski. Po pierwsze, komisja wprowadzeniem zakazu na TRT stawia w złym świetle wszystkie dotychczas wydane w Nevadzie zezwolenia – jakże bowiem decyzja administracyjna wpływać może na stan zdrowia zawodników ubiegających się i otrzymujących wcześniej pozwolenie na stosowanie kuracji testosteronowej? Nijak. Jeśli komisja poważnie traktuje swoje wcześniejsze orzecznictwo, musi zakładać, że wyeliminowanie TRT z MMA stanowić może koniec kariery dla tych, którzy spełnili pierwej wszelkie kryteria kwalifikujące ich do jej stosowania, uzyskując nań pozwolenie od rzeczonej komisji.

Po drugie – zaznaczam, że oficjalnie decyzja Komisji w Nevady ma podłoże administracyjne, ekonomiczne. Nie – medyczne. Nikt nie zakwestionował TRT, nie oskarżył zawodników o nadużywanie kuracji. Nie. Komisja orzekła, że z powodu braku środków do kontrolowania zawodników uzyskujących pozwolenie na TRT całkowicie delegalizuje kurację testosteronem. Jak ma to się do jednego z celów komisji, którym rzekomo jest dbanie o zdrowie zawodników?

Reguł nie zmienia się z dnia na dzień, zwłaszcza na bardziej restrykcyjne. Jeśli już władztwo biurokratycznych komisji sportowych uznajemy za konieczne, zawodnikom stosującym TRT należało dać okres przejściowy, adaptacyjny, w którym mogliby dostosować się do nowo obowiązujących reguł. Gdy jesteś przedsiębiorcą i masz dalekosiężne plany uwzględniające aktualne uwarunkowania, nagła zmiana przepisów może cię drogo kosztować i być ciosem, którego przyjęcie oznaczać będzie wylądowanie na deskach.

Vitor Belfort miał już rozpisany cały budżet do walki z Chrisem Weidmanem na UFC 173, wszystko najprawdopodobniej zaplanowane w najmniejszym szczególe, dopięte na ostatni guzik. Z dnia na dzień okazało się, że panowie w garniturach zmienili zasady, rujnując jedną decyzją całe przygotowania Brazylijczyka.

Daleki, bardzo daleki jestem od oceniania, czy Belfort w ogóle powinien był dostać zezwolenie na stosowanie TRT, biorąc pod uwagę jego wpadkę w 2006 roku, o której wspominam wyżej. W ogóle tak popularne w obecnych czasach przeżartych sprawiedliwością społeczną (czym różni się od zwykłej, Bóg jeden raczy wiedzieć) wyrównywanie szans (oczywiście, jednych kosztem albo na koszt drugich) jest tak ohydnym, socjalistyczno-biurokratycznym wynalazkiem, że wzbudza we mnie odrazę – a kuracja TRT może – choć wcale nie musi, o czym dalej – być tego doskonałym przykładem. Wydanie zgody na stosowanie kuracji Belfortowi jest tym bardziej wątpliwe, że w zgodnej opinii lekarzy za obniżony poziom testosteronu w ogromnej mierze odpowiada właśnie wcześniejsze stosowanie środków dopingujących.

Tutaj chodzi jednak o zasady, zasady, których nie zmienia się w trakcie gry, zwłaszcza w takim temacie jak TRT, gdzie odstawienie kuracji i próba (!) powrotu do życia bez niej wymagają co najmniej kilku miesięcy – a to nie podlega dyskusji. Od systemu oczekuje się przede wszystkim, żeby był przewidywalny, bo tylko taki umożliwia sprawne się w nim poruszanie uwzględniające kluczowy czynnik – planowanie. Pomimo tego, że można było oczekiwać, że po odejściu Kizera Komisja w Nevadzie spróbuje odbudować swój nadszarpnięty wizerunek, to konia z rzędem temu, kto przewidział, że pierwszym tego efektem będzie tak drastyczna decyzja wchodząca w życie w trybie natychmiastowym.

Można dyskutować, czy tak doniosła zmiana odnosząca się do zawodników, których wyliczyć można na palcach jednej ręki, rzeczywiście zasługuje na krytykę, którą niniejszym uskuteczniam. Zwracam jednak uwagę, że zasady i sprawiedliwość nie znają pojęcia większości. To, czy pospiesznie zmieniono obowiązujące reguły, nie dając czasu na przystosowanie się do nich większości, czy też, jak w tym przypadku, ledwie kilku fighterom, pozostaje bez znaczenia. To kwestia pryncypiów.

TRT a zerwane więzadła

Wspomniałem wcześniej, że TRT może – ale nie musi – być sztandarowym przykładem niczym nieuzasadnionego wyrównywania szans. Czymże bowiem jak nie wyrównywaniem szans jest stosowanie allograftów (ścięgien lub więzadeł pobranych ze zwłok) do rekonstrukcji więzadeł w kolanie? Czym jest stosowanie ultradźwięków przy gojeniu się złamań? Czy to wszystko nie jest zaprzęganiem wysoko rozwiniętej, ale z pewnością nie naturalnej medycyny do wyrównywania szans? Jeśli twierdzimy, że zawodnik mający zbyt niski poziom testosteronu powinien dać sobie spokój z uprawianiem MMA, to dlaczego tak ochoczo przystajemy na inne, wcale nie bardziej naturalne, metody leczenia w przypadku kontuzji? Zerwałeś więzadło? Sorry, Winnetou, daj sobie spokój. Zresztą, czy to sprawiedliwe, że jednego stać na allograft, a drugi musi dać sobie wyciąć kawałek własnego ścięgna do rekonstrukcji kolana?

Tak, zdaję sobie doskonale sprawę z zasadniczej różnicy między stosowaniem TRT a wykorzystaniem ciał obcych w rekonstrukcji więzadeł. Jedno jest spowodowane chroniczną i przewlekłą przypadłością (przynajmniej w teorii), drugie kontuzją. Czy jednak aż tak wiele je różni, by z jednej strony beznamiętnie odsądzać od czci i wiary zawodników stosujących kurację testosteronem, a z drugiej nie widzieć nic zdrożnego w dostępie do najbardziej zaawansowanych metod leczenia w przypadku tylko największych gwiazd sportu?

Albo TRT, albo koks

Weźmy również pod uwagę, że zawodnicy, którzy otrzymali pozwolenie na stosowanie TRT, kontrolowani są, a w zasadzie byli, znacznie dokładniej niż cała reszta. Standardy różnych komisji oczywiście się różnią, ale absolutne minimum w przypadku zawodnika będącego na kuracji to trzy kontrole podczas obozu treningowego i kontrola w dniu walki. W przypadku pozostałych zawodników w grę wchodzi tylko i wyłącznie ta ostatnia. Innymi słowy, korzystanie z kuracji testosteronowej bardzo, bardzo mocno utrudnia stosowanie wszelkich innych, niedozwolonych, wspomagaczy. Ba, ktoś nawet powiedział, że biorąc pod uwagę wpadkę Belforta w 2006 roku, jego rywale powinni cieszyć się, że Brazylijczyk korzysta z TRT, bo to oznacza, że szalenie trudno będzie mu przemycić do organizmu jakiekolwiek inne środki dopingujące.

Poziom testosteronu zawodników, którzy uzyskali pozwolenie na stosowanie TRT, jest/był na bieżąco monitorowany i musiał być utrzymywany na poziomie, którym może pochwalić się przeciętny 45-latek. Problemem za to są niekompetentne komisje, które czasami wydawały zgody na stosowanie TRT bez przeprowadzenia należytych badań – dobrotliwie zakładam tutaj na potrzeby dyskusji, że komisje w ogóle winny mieć prawo do wydawania bądź nie wydawania zgody na cokolwiek… W każdym razie jeśli zawodnik otrzyma pozwolenie, to potem szalenie trudno przy kolejnej okazji zweryfikować, czy rzeczywiście potrzebuje on rzeczonej kuracji do prawidłowego funkcjonowania – by to sprawdzić i ocenić, komisja, w której ubiega się o pozwolenie, musiałaby zabronić mu stosowania TRT na co najmniej kilka miesięcy, a to na ogół jest barierą nie do przekroczenia.

Co również warte podkreślenia, udzielenie pozwolenia zawodnikowi na stosowanie TRT jest sprawą stricte medyczną i poufną, co oznacza, że jego przeciwnik często nie jest świadomy tego, że walczy z rywalem będącym na kuracji. To od dobrej woli tego ostatniego i ewentualnych przecieków medialnych zależy, czy ktokolwiek kiedykolwiek dowie się, że korzysta on z kuracji testosteronem.

Zaszczuty

Po ogłoszeniu decyzji o wykluczeniu TRT przez Komisję w Nevadzie z obozu Vitora Belforta jęły dochodzić sprzeczne doniesienia. Najpierw jakoby sam Brazylijczyk wycofał się z walki – jego miejsce zajął Lyoto Machida, który teraz skrzyżuje rękawice z Chrisem Weidmanem – by potem doprecyzować, że to nie on wycofał się z pojedynku, ale zdjęło go UFC. Tak czy inaczej, myślę, że prawda leży gdzieś po środku. Phenom nie miał wyboru, musiał wycofać się nie dlatego, że obawiał się walki bez TRT, ale dlatego, że rzeczywiście potrzebuje więcej czasu na przystosowanie organizmu do życia bez wspomagania. Oczywiście, warto tutaj przypomnieć to, o czym już pisałem – jeśli kuracja została przepisana Belfortowi zgodnie z jej przeznaczeniem, to bez niej winien mieć problemy nie tyle w oktagonie ale także w normalnym funkcjonowaniu. Jego zapowiedź podjęcia rękawicy bez TRT zdaje się temu przeczyć, ale i Sonnen przecież uczynił podobnie, a i Nate Marquardt daje radę po odstawieniu wspomagania.

Przy założeniu teorii spiskowej, która tak szybkie działanie ze strony Komisji w Nevadzie, a także reakcję UFC oraz Belforta mogłaby częściowo wyjaśnić, Brazylijczyk oblał kontrolę, której bez zapowiedzi poddany został kilka tygodni wcześniej, gdy zawitał do Stanów Zjednoczonych. Jej wyniki są już znane komisji oraz sztabowi Belforta, ale ta pierwsza nie ma prawa ich upublicznić, a Brazylijczyk i jego otoczenia sami tego uczynić nie chcą, utrzymując, że jej wynik jest bez znaczenia. Czy gdyby przebiegła pomyślnie, nie próbowaliby wykorzystać jej jako orężu w niekończącej się walce z mediami wstawiającymi zdjęcia Belforta przy każdej niemal wzmiance o TRT czy, szerzej, dopingu?

Pyrrusowe zwycięstwa

Ból i cierpienie, które zafundował swoim ostatnim trzem rywalom w UFC Vitor Belfort, w połączeniu z faktem stosowanie przezeń kuracji testosteronowej stały się dla Brazylijczyka prawdziwym przekleństwem. Uczyniły go symbolem, w najlepszym wypadku – wykorzystywania luk w systemie, w najgorszym, znacznie powszechniejszym – oszustwa i obłudy w sporcie. Przyjaciół i przychylności mediów nie zjednują mu również wypowiedzi, których się dopuszcza, a to obiecując, że na okoliczność walki o pas zrezygnuje z TRT, a to nieomal grożąc na konferencjach prasowych dziennikarzom zadającym trudne pytania. Phenom, w którego psychice z pewnością ślady pozostawiła tragedia związana z utratą siostry, zaszczuty i atakowany z każdej niemal strony, gubi się w defensywie, mieszając fakty, co jednak, mimo wszystko, jest do pewnego stopnia uzasadnione właśnie niebywałym poziomem wrogości, z którym każdego dnia musi się mierzyć.

Chael Sonnen, który również korzysta z TRT, a po pierwszej walce z Andersonem Silvą wykryto w jego organizmie poziom testosteronu znacznie przekraczający jakiekolwiek normy, nadal jest czołową postacią organizacji. Ekspert, komentator, ulubieniec fanów i Dany White’a.

Danowi Hendersonowi nikt nie wypomina, że rozbił Fedora Emelianenko, będąc na kuracji, nikt nie zarzuca mu, że w epickiej walce z Mauricio Ruą również walczył na wspomagaczu. Ba, wobec decyzji brazylijskiej komisji luźno współpracującej z UFC Hendo w rewanżu z Shogunem zaplanowanym na 23 marca na gali UFC Fight Night 39 również – jako ostatni zawodnik na brazylijskich galach – otrzymał pozwolenie na stosowanie kuracji testosteronowej, które będzie respektowane (co jest, nawiasem mówiąc, słuszną decyzją).

W kontekście Franka Mira sformułowanie TRT pojawia się również rzadko. Ot, raz wygrywa, raz przegrywa, ale żeby jakoś specjalnie wiązać jego występy ze stosowaniem kuracji? Nie podobna!

Do czasu nieprawdopodobnej serii zwycięstw Vitora Belforta w ogóle temat kuracji testosteronowej rzadko gościł na łamach portali internetowych.

Mam wrażenie, że fanom i wtórującym im mediom – a może mediom i wtórującym im fanom? – wydaje się, że zaszczucie Belforta i zakazanie mu stosowania TRT może jakoś pomóc w rozwiązaniu problemów z nielegalnym wspomaganiem w MMA. Walka z dopingiem jest jednak z samego założenia skazana na porażkę. Mawia się, że kto nie dąży do rzeczy niemożliwych, nigdy ich nie osiągnie, ale czy nie jest tak, że ten kto do nich dąży, straci tylko czas, siły i pieniądze, a efekt będzie dokładnie ten sam?

Być może warto uzmysłowić sobie, że doping jest integralną częścią MMA, a walka z nim przypomina walkę z wiatrakami, w której, parafrazując Stefana Kisielewskiego, raz po raz próbuje się rozwiązywać problemy, które w normalnym systemie nie istnieją. Normalnym w tym wypadku jest ten mityczny i nie istniejący – a jednak wymarzony! – w którym państwo nie miesza się do sportu, a obywatel może aplikować swojemu organizmowi to, na co ma ochotę. Że jednych stać na lepszy koks niż innych? Życie. Przecież nie będziemy wyrównywać szans, prawda?

fot. MMAJunkie.com

Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.

24 Comments

  1. Thelastemperor

    4 marca 2014 at 19:54

    Bardzo dobry tekst, tak naprawdę dowiemy się dopiero teraz ile tym zawodnikom dawała kuracja testosteronowa.

  2. Kapitan M

    4 marca 2014 at 20:53

    Ciekawy tekst rzucający nowe światło na całe zamieszanie związane z Belfortem. Myślę, że powróci i ubije zwycięzcę Machida vs Weidman w Brazylii :)

  3. maras

    4 marca 2014 at 20:53

    Moim zdaniem Belfort podpadł fanom i Danie głównie swoim zachowaniem, gadaniem głupot, pokazywaniem, że komuś urwie głowę itd. Żaden z innych wymienionych przez Ciebie zawodników na TRT się tak nie zachowywało, więc Belfort wpasował się w archetyp nakoksowanego agresywnego pojeba.

    • naiver

      4 marca 2014 at 20:58

      To jedno, ale myślę, że „środowisko” najbardziej bolało to, że… popierał swoje słowa czynami. Jak ktoś zachowuje się jak lew i dostaje po pysku, to można się z niego co najwyżej pośmiać, gdy jednak rozszarpuje swoje ofiary w klatce, to już ludzi może, delikatnie rzecz ujmując, złościć.

      Zresztą, o ile pamiętam, to dopiero ostatnio wcielił się w rolę „mordercy”, co prawdopodobnie było rezultatem tego, że wymordował czołówkę, a jego pewność siebie sięgnęła apogeum :)

    • IjonTichy

      4 marca 2014 at 21:42

      Ojoj straszne.. pokazywał, że urwie komuś głowę – pewnie Ci fani nie spali przez to tydzień ze zniesmaczenia, a ich żony i partnerki oglądające tę scenę odwracały czerwone z oburzenia lica. No kto by pomyślał, że zawodnik MMA może być tak wulgarny, agresywny i bezczelny w swoim zachowaniu, żeby demonstrować ucinanie głowy.
      Dajta już spokój z wymyślaniem na siłę argumentów dla których Belfort jest nielubiany. Jak Barnett pokazuje ucinanie głowy po walce to jest cisza i spokój – w końcu to jego „firmówka”, jak Bisping pokazuje „faka” publice, wyzywając – nikt się nie odezwie, ale nie daj Boże, niech Belfort pokaże taki gest, lub coś tam powie bezsensu..Przecież wszyscy wiemy, że zawodnicy MMA mówią z sensem, logicznie i składnie – za to ich kochamy przecież!
      Hipokryzja. Po prostu.

      • naiver

        4 marca 2014 at 21:45

        Dobrze napisane! :) Powiem szczerze, że mnie się to nowe wcielenie Belforta podoba, jest trochę dziwny, owszem, trochę szalony, jak najbardziej, ale i trochę diaboliczny przy okazji poprzez to, że wszystko popiera czynami. Ktoś kiedyś określił go mianem złego bossa z jakiejś kreskówki i myślę, że to trafne spostrzeżenie.

      • Puczi

        4 marca 2014 at 22:19

        Belfort jest spoko. Nieraz pieprzy od rzeczy, ale nie on jeden. Racja z tym hejtowanym ucinaniem łba i Barnettem. Lion in the jungle i chuj :D
        (pomińmy fakt, że w dżungli lwów nie ma).

      • naiver

        1 kwietnia 2014 at 19:35

        IjonTichy, odezwij się na maila albo FB, wygrałeś koszulkę za najlepszy komentarz w marcu :)

        • IjonTichy

          2 kwietnia 2014 at 00:01

          Haha, miło – dzięki naiver :) Zdaje się, że pierwsza moja wygrana w internetach i to elitarna koszulka, elitarnego bloga :) Na maila się odezwę zaraz.

  4. Jędrek

    4 marca 2014 at 21:05

    Świetny tekst! Dobrze widzieć tu z powrotem tekst publicystyczny, bo tak się zająłeś analityką ostatnio, że już myślałem, że artykuły odeszły do lamusa.

  5. Pingback: GRIP NEWS - Tyranozaur w potrzasku

  6. marius

    5 marca 2014 at 08:01

    A ja Go lubie, generalnie mam w nosie czy ktos jest na TRT czy nie, jak napisane wyzej trzy kontrole w trakcie obozu plus przed walka, a gosci takich jak Belfort stac na lekarza i takie ustawienie cyklu ze nie zalicza wpadki.

    • maerkx

      6 marca 2014 at 12:37

      Dokładnie. Zmieni się jedynie to, że nie będziemy wiedzieć kto jest na kuracji. W uproszczeniu można przyjąć, że prawie każdy zawodnik MMA jest na takiej lub innej „kuracji”. Generalnie uważam, że walki z nielegalnym wspomaganiem się nigdy nie wygra. Za duże pieniądze za tym stoją, aby można było coś zmienić. Dodatkowo sądzę, że walka z dopingiem uderza w zawodników, którzy nie mają na tyle środków finansowaych, aby korzystać z najnowszych osiągnięć „dopingowych”. Dlatego beneficjentami walki z dopingiem są najbogatsi sportowcy.
      Odnosnie Belforta, to jestem pewny, że brazylijczyk wspomagał się testosteronem czy innymi nielegalnymi środkami zanim rozpoczą legalną kurację, ale media zrobiły swoje po jego serii zwycięstw prze ko. I niemal wszyscy przypisuje te zwycięstwa kuracji, a moim zdaniem czy byłby na tej kuracji czy nie, te zwycięstwa i tak by się wydarzyły. Po prostu Belfort przez całą swoją karierę był bardzo dobrym zawodnikiem, ale nie na tyle aby pokonywać mistrzów, a jego braki wyszłyby w walce z Weidmanem.

      • naiver

        6 marca 2014 at 22:23

        Szczerze mówiąc, nie skreślałbym TEGO Vitora w walce z Weidmanem. Styl Chrisa wybitnie nie pasował Silvie, który ofensywnie jest znacznie bardziej ograniczony niż w sytuacji, gdy kontruje. Belfort natomiast przez całe lata swojej kariery udowodnił, że atakować potrafi jak mało kto, a w ostatniej potyczce z Hendersonem świetnie zaprezentował się też z kontry. To byłoby świetne starcie, choć i z walka Amerykanina z Machidą zapowiada się bardzo ciekawie.

  7. T9X

    5 marca 2014 at 20:00

    Wreszcie głos rozsądku! Kiedy naczelny koksiarz Sonnen robi z siebie pajaca, więcej przegrywa niż wygrywa to jest super. Kiedy Belfort jest pewny siebie i ma ku temu powody, bo demoluje pretendentów to jest źle. Zauważyłem też ciekawą zależność między wyglądem zawodnika a hejtem na niego. Otóż im lepsza muskulatura i odtłuszczenie tym bardziej nienawidzony przez większość „fanów” i „ekspertów” jest zawodnik. Przykładem niech będzie porównanie Overeema i Barnetta. Albo Sonnen i Lombard, ciekawe czemu z tej dwójki to Kubańczyk ma przypiętą łatkę koksa.

    Wnioski:
    1.zdelegalizować komisje i urzędników,
    2.pozostawić kwestie dopingu w rękach organizatora gali

    • naiver

      6 marca 2014 at 11:10

      Jak najbardziej zgadzam się z wnioskami.

      Odnośnie muskulatury, to ciekawa uwaga. Nie jest to oczywiście reguła, ale mam wrażenie, że jeśli spełnione są dwa warunki, a więc:

      – wyglądasz jak kulturysta,
      – wygrywasz,

      to wtedy szanse na to, że ktoś zarzuci ci prędzej czy później wspomagacze, mocno wzrastają. A jeśli jeszcze jesteś pyskaty, to hoho… Gdybyś przegrywał, to inna sprawa ;)

      Oczywiście, abstrahując od tego, że wszyscy i tak coś biorą.

  8. hamal

    5 marca 2014 at 21:07

    Ciekawa rozkmina. Powiem szczerze, że już mnie mdli jak słyszę płacze hejterów Brazylijczyka, którzy pozostają ślepi na dziwactwa innych zawodników. Tak jak napisałeś teraz Belfort będzie miał więcej spokoju z kontrolami a biorąc pod uwagę, że w Brazylii się nie wpada to całe to zamieszanie może mu wyjść nawet na dobre.

  9. dams

    5 marca 2014 at 22:36

    ”że komisje w ogóle są winny mieć prawo” tu chyba cos nie tak ;]

    smieszna ta szopka z atakowaiem belforta bo ma trt i osiaga sukcesy

    lubie belforta, czy hendo bez względu na to czy biora trt, i mam wyjebane na opinie mediow

    rilaks

  10. PAN EM

    7 marca 2014 at 10:19

    Artykuł ciekawy, aczkolwiek mam na ten temat inne zdanie:

    1) „odstawienie kuracji i próba (!) powrotu do życia bez niej wymagają co najmniej kilku miesięcy – a to nie podlega dyskusji.”

    jakie są źródła tej informacji?

    Według tego co ja się dowiedziałem, to pacjentom przyjmującym TRT podaje się również gonadotropinę, co skutkuje tym, że pacjent nawet przy nagłym odstawieniu terapii nie jest narażony na konsekwencje zdrowotne związane z przerwaniem produkcji naturalnego testosteronu.
    Przerwanie kuracji nie powinno w takim wypadku być zagrożeniem dla życia lub zdrowia pacjent – oczywiście dla Belforta lepie byłoby cały czas zażywać teścia, ale nie jest prawdą, że potrzebuje czasu, żeby odstawić TRT.

    2) punkt TRT a zerwanie więzadła jest dla mnie totalnie chybioną analogią.

    Swego czasu na Bloodyelbow ukazał się artykuł, który tłumaczył dlaczego fighterzy stosujący TRT mogą uzyskiwać bardzo korzystny i zazwyczaj nieosiągalny dla normalnych zawodników stosunek testosteronu i epitestosteronu. Dzieje się tak ponieważ u osoby co do której są powody do zastosowania kuracji, nie tylko poziom testosteronu, ale i epitestosteronu jest bardzo niski. TRT podnosi jedynie poziom testosteronu do „normalnego” poziomu, epi pozostaje na swoim – niskim pułapie. Z tego co pamiętam stosunek 6:1 (a już na pewno 4:1) był dozwolony. Przeciętnie powinien on u normalnego człowieka wynosić 1:1, a u sportowca 2:1.

    W związku z powyższym kuracja TRT może być faktycznie traktowana jako rodzaj „legalnego” dopingu, a nie po prostu narzędzia naprawczego dla organizmu.

    3) Belfort zapowiadał, że zawalczy nawet bez TRT, co oznaczało, że powinien być przygotowany na taką ewentualność w razie braku zgody na terapię. Tymczasem zachował się on jak inteligentny tchórz, który zdaje sobie sprawę ze swojej kiepskiej pozycji. Jego buńczuczne zapowiedzi okazały się tylko marketingiem – bez TRT nie ma Belforta i czas, którego rzekomo Brazylijczyk potrzebuje, nie ma nic wspólnego z adaptowaniem się do nowych reguł, no chyba, że rozumiemy przez to szukanie innej drogi do wspomagania swojego organizmu testosteronem, bez ryzyka bycia złapanym i zawieszonym.

    Moim zdaniem Belfort nie stał sie kozłem ofiarnym, a króliczkiem w przebraniu lwa. Nie do końca pojmują czemu stajesz w jego obronie, naiver.

    Jedynym pytaniem, które nieco burzy moją koncepcję jest kwestia tego, dlaczego inni użytkownicy TRT nie osiągali tak spektakularnej eksplozji formy jak to miało miejsce w przypadku Phenoma. Mam nadzieję, że poznamy niedługo odpowiedź na to pytanie.

  11. naiver

    7 marca 2014 at 11:16

    PAN EM,

    1) Taka teza przewijała się w kilku co najmniej tekstach, które czytałem, pisał o tym Meltzer na MMAFighting, na BloodyElbow też było od groma artykułów na ten temat, mówił wreszcie o tym doktor Belforta (ok, ten jest stroną, więc z przymrużeniem oka). Nie jestem medykiem, nic o gonadotropinie nie wiem, ale patrząc na to z boku, w sporcie, w którym liczą się najdrobniejsze detale przygotowania fizycznego (zwłaszcza na najwyższym poziomie), odstawienie TRT musi rodzić jakieś skutki – nawet jeśli w jakiejś części są one niwelowane przez gonadotropinę (czego nie wiem).

    2) Jest tak, jak piszesz – czyli komisje badają stosunek testosteronu do epitestosteronu i zezwalają aktualnie na to, by było to 4:1, jeśli jest więcej, to są dalsze testy, które mają to wyjaśnić. I teraz pytanie, dlaczego, skoro zdrowy chłop powinien mieć 1:1, sportowiec może mieć 2:1, to oni pozwalają na aż 4:1? Nigdzie nie znalazłem tego napisanego wprost, ale na podstawie tego, co przeczytałem, wnioskuję, że wynika to z następujących, jak sądzę, faktów:

    – naturalna produkcja testosteronu i epitestosteronu jest generalnie zbliżona u zdrowego chłopa (stąd 1:1), to są jednak tylko proporcje, nie same wartości,

    – przechodząc teraz do wartości – za normę uznawany jest testosteron i epitestosteron w ilościach od ok. 300 ng/ml do około 1100 ng/ml,

    – zdrowy 40-latek powinien mieć około 600 ng/ml testosteronu i epitestosteronu,

    – jeśli poziom testosteronu spada poniżej 300 ng/ml, to jest to przesłanka do zastosowania kuracji TRT, ale uwaga, oznacza to też przecież, że i epitestosteron spadł!

    – mamy więc hipotetyczną sytuację, że chłop ma testosteron i epitestosteron w ilościach 100 ng/ml, zaczyna więc korzystać z kuracji; rzeczona kuracja nie wpływa na podniesienie epitestosteronu, więc z testosteronem może on wjechać tylko na 400 ng/ml, bo wtedy relacja testosteronu do epi będzie już wynosić 4:1, czyli górny akceptowalny próg; zwróćmy jednak uwagę, że te 400 ng/ml to wartość uznawana za normę, ale znajdująca się w jej dolnych granicach.

    Wnioskuję, że właśnie dlatego dopuszczono 4:1, bo wraz ze spadkiem testosteronu, spada i epitestosteron, a w wyniku kuracji wzrasta tylko ten pierwszy, więc trzeba było dać zawodnikom jakąś przestrzeń, żeby z poziomem testosteronu mogli dojechać do tych norm (300 – 1000 ng/ml).

    Pewną niespójnością jest tu informacje z ABC Guidelines na BE, że poziom testosteronu gości na kuracji nie może przekraczać 700 ng/ml – i jest to oderwane od poziomu epitestosteronu, podczas gdy stosunek jednego do drugiego jest przedmiotem kontroli przed walką…

    3) „Belfort zapowiadał, że zawalczy bez TRT”. Gadki… Iluż to zawodników zapowiadało jedno, robiło drugie, dla mnie to niemalże bez znaczenia, nie przywiązuję prawie żadnej wagi do tego, co kto mówi publicznie – rzadko jest to szczere, a częściej ma na celu osiągnięcie jakichś korzyści z danej wypowiedzi wynikających teraz albo w przyszłości.

    Myślę, że ostatni akapit Twojego posta daje sporo do myślenia, ale też odpowiada na pytanie, dlaczego tak bardzo nielubiany jest Befort – bo wygrywa.

  12. maerkx

    9 marca 2014 at 13:43

    Może teraz terapia ksenonem?;)
    http://rowery.org/2014/03/04/ksenon-o-co-ten-szum/

  13. Pingback: Przed burzą - UFC Fight Night 38, Shogun vs Hendo 2 - Lowking.pl - Lowking.pl

  14. Pingback: Dziennik MMA - 7 listopada 2014 - Lowking.pl

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply