Papa Kowboj, meksykański wirtuoz i niepodrabialna Platyna – cztery wnioski po UFC Denver

Podsumowanie sobotniej gali UFC Fight Night 139 – Jung vs. Rodriguez w formie najważniejszych wniosków z gali.

Gala UFC Fight Night 139 nie zapowiadała się na wybitną – i takową nie była. Jednak kilka wydarzeń z Denver zapadnie fanom MMA w pamięci na dłużej – a jedno być może nawet na zawsze.

UFC Denver: Jung vs. Rodriguez – wyniki i relacja na żywo

Oto cztery wnioski z gali!

Papa Kowboj dołącza do panteonu sław UFC

Oficjalnie w UFC nieskazitelnym rekordem może pochwalić się tylko garstka zawodników, ale jeśli przyjrzeć się tematowi uważniej, to okaże się, że grupa niezwyciężonych jest jednak znacznie liczniejsza. Czy ktokolwiek zna bowiem zawodnika, który byłby w stanie pokonać Caina na poziomie morza, zmotywowanego BJ-a Penna, zdrowego Shoguna, Chucka z błyskiem w oku, Mendesa po obozie przygotowawczym czy Wanderleia z PRIDE? Oczywiście, że nie.




Kto wie natomiast, czy do zacnego tego grona nie dołączył podczas sobotniej gali UFC Fight Night 139 Donald Cerrone. Był to pierwszy pojedynek w karierze Kowboja, który stoczył, będąc już ojcem – i zaprezentował się wybornie.

Wyniki UFC Denver: Donald Cerrone poddał Mike’a Perry’ego – video

Poskręcawszy z dziecinną łatwością Mike’a Perry’ego Papa Kowboj przyznał też, że rola ojca mocno go zmieniła – i nie było chooja, żeby przegrał z Platynowym.

Tezę tę bez wątpienia potwierdza też taktyczne podejście do walki, jakie zaprezentował Kowboj. Niby bowiem przed galą zapowiadał, że czułby się jak kryminalista, gdyby nie wdał się w stójkową jatkę z rywalem, ale realia okazały się zupełnie inne. Już na początku starcia poszukał kilku obaleń – bez powodzenia – będąc ostatecznie przewróconym przez rywala, na jego własna zgubę zresztą.

Swego czasu natomiast Donald Cerrone nie ukrywał, że nie był mentalnie w stanie poszukać sprowadzenia w starciu z innym lebiegą parterowym, Johnem Makdessim. Za każdym razem, gdy kiełkowała mu wówczas w głowie myśl o obaleniu – a nie ulega wątpliwości, że w parterze poskręcałby kanadyjskiego gagatka w precel – przypominał sobie bowiem jego słowa przed galą: „Zamienię Kowboja w spanikowanego zapaśnika”. I się mentalnie blokował.

A teraz? Myk – i obalenie! Bogu dzięki, że parter Donalda to majstersztyk, wobec czego nawet jeśli przenosi on walkę na dół czy też spotyka nieboraka, który w przypływie pomroczności jasnej kładzie go na plecach, możemy być pewni, że fajerwerków nie zabraknie.

Zwycięstwem z Platynowym, Papa Kowboj ustanowił kilka rekordów UFC – w tym liczby zwycięstw oraz skończeń – ale teraz przyświeca mu nowy cel. Chce mianowicie włączyć się do wyścigu o złoto kategorii lekkiej. Jak zapowiada, matchmakerzy UFC wyszykowali już dla niego rywala, ale póki co nie wiadomo, czy będzie to Justin Gaethje, Nate Diaz czy może Diego Sanchez, ale te trzy nazwiska wydają się najbardziej prawdopodobne.

Mam co prawda sporo wątpliwości, czy Kowboja stać na pokonanie ścisłej czołówki 155 funtów, ale… Papa Kowboj jest póki co niepokonany!

Magiczna Pantera

Yair Rodriguez to jedyny zawodnik, którego tzw. przyczajkę – tj. sytuacje, w której przez kilka(naście/dziesiąt) sekund stoi naprzeciwko rywala, drobnymi przyruchami, kiwkami próbując wyprowadzić go w pole – mogę oglądać godzinami. Pewnikiem bowiem jest, że gdy już przejdzie do działania, będą cuda. Cuda, jakich oktagon UFC w swojej 25-letniej historii nie widział nigdy wcześniej – i cholera wie, czy kiedykolwiek takowe zobaczy.

Yair Rodriguez nokautem nie z tej ziemi ubija Koreańskiego Zombie w ostatniej sekundzie – video

Przegrywasz 25-minutową – ociekającą artyzmem i brutalnością zarazem – walkę, by w jej ostatniej sekundzie ustrzelić rywala najbardziej nieprawdopodobnym nokautem w historii UFC, MMA, a może sportów walki w ogóle? Święty Panie…

Pisałem kiedyś o Demetriousie Johnsonie – konkretnie po jego niebywałym poddaniu Raya Borga – że czyni on w oktagonie rzeczy, jakie nie mieszczą się nawet w wyobraźni innych zawodników – ale Yair Rodriguez? Meksykanin zostawia Amerykanina daleko w tyle pod względem technik, jakie – z sukcesami! – zaprzęga w oktagonie. To nie ma prawa działać na tak wysokim poziomie – a jednak działa.

Jasny gwint, nawet jego młoty w stójce wyglądają przepięknie. Naprawdę, oglądając ten pojedynek i te nieprawdopodobne combosy rodem z Tekkena, jakie wyprowadzał Pantera, szeptałem mimowolnie pod nosem językiem nieskomplikowanym acz wymownym powtarzałem: „O, kurwa… O, kurwa”. Oglądanie tego artysty to prawdziwa przyjemność.

A zwróciliście uwagę na reakcje publiczności? Kilkanaście sekund przed końcem, gdy Yair i Chan ponownie zaczęli przybijać sobie piątki i ściskać się w oktagonie – tak, trochę za dużo tego było – cała hala rozbrzmiała w przeraźliwym buczeniu – by za chwilę po ostatniej akcji walki zbierać szczęki z podłóg i nie wierzyć własnym oczom. Popatrzcie i posłuchajcie sami.

Absolutne szaleństwo.

Nie zabrakło oczywiście opinii, wedle których Pantera miał po prostu szczęście – jakkolwiek to rozumieć. Owszem, przytaknę. Jeśli przyjmiemy taką narrację, trzeba też zgodzić się, że 3/4 nokautów Dana Hendersona – z tym z Michaelem Bispingiem na czele – to też kwestia szczęścia. Wiecie, ile razy w walce z Brytyjczykiem spróbował swojej prawicy poprzedzonej lowkingiem?

Jest oczywiście w tym wszystkim też łyżka dziegciu… A mianowicie Yair Rodriguez zaczyna podążać drogą Justina Gaethje, co może budzić obawy co do jego przyszłości. Ile takich wojen jego ciało, jego szczęka – tytanowa! – jeszcze zniosą? Z drugiej zaś strony, maniaków podobnych Koreańskiego Zombie nie ma aż tak wielu w kategorii piórkowej, więc…




Nowa nadzieja wagi lekkiej?

Po jego występie w Dana White’s Contender Series, gdzie zadał pierwszą w karierze porażkę mocnemu Josephowi Lowry’emu, nie miałem wątpliwości, że Devonte Smith nie tylko nadaje się do UFC, ale też może z czasem solidnie namieszać w kategorii lekkiej.

Jego występ z Julianem Erosą w pełni to potwierdza – choć oczywiście grzechem byłoby nie odnotować, że jednak od ubicia Juicy J do walk z czołową piętnastką 155 funtów droga jeszcze bardzo, bardzo daleka.

Niby porażka z Johnem Guntherem sprzed niespełna dwóch lat – jednym z najgorszych zawodników w historii UFC – to poważna rysa na jego sportowym wizerunku, ale… Smith ma jednak ciekawe stójkowe i antyzapaśnicze narzędzia, które dobrze rokują jego przygodzie z UFC. Bardzo szybkie i ciężkie ręce, soczysty lewy prosty, atomowe lowkingi, a wszystko to uzupełnione o solidną – choć oczywiście niesprawdzona jeszcze w konfrontacji z elitą zapaśniczą – defensywę przed obaleniami.

To jednak nie wszystko, bo 25-latek jest też typem zadziornego gaduły – a takowi zawsze mają większe szanse na interesujące zestawienia.

Mike Perry – przegrał, ale wygrał

Wracając jeszcze na chwilę do co-main eventu gali… Mike Perry nie miał oczywiście nic do powiedzenia, gdy w oktagonie stanął naprzeciwko Donalda Cerrone, ale… Medialną drogę do walki z Kowbojem wyścielił kilkoma wypowiedziami, które z miejsca zasługują na miano kultowych – i przekomicznych zarazem.

Walka w oktagonie też ma oczywiście znaczenie, ale nie ukrywam, że podróż do walki, w którą Platynowy zabiera swoich fanów mniejszych i większych z nawiązką rekompensuje braki w jego oktagonowych szlifach.




Jednym zdaniem

  • UFC zadbało o oprawę gali, przypominając debiutanckie wydarzenie sprzed 25 lat – wypadło ładnie
  • Nie zapałałem sympatią do szykowanej na wielką gwiazdę – bo jak inaczej wytłumaczyć miejsce w karcie głównej dla nieznanej nikomu debiutantki – Mayceee Barber
  • Szkoda Chasa Skelly’ego – fakt, że na milisekundy przed przerwaniem walki z Bobbym Moffettem nadal spokojnie mrugał, wskazuje na to, że sędzia jednak się pomylił
  • Luis Pena mocno rozczarował, przegrywając z Mike’iem Trizano – choć może po prostu oczekiwania względem jego osoby były zbyt duże?

*****

Lowking.pl trafia na Patronite.pl – oto dlaczego

Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.