Słowo na niedzielę: Rocky i spółka

Filmowcy chętnie zaglądają do świata sportu czerpiąc z niego bohaterów, emocje i historie.

Jedna z podstawowych zasad tworzenia scenariusza filmowego mówi, że najważniejszy jest konflikt. Bez konfliktu nie ma akcji. Bez akcji nie ma postaci. Bez postaci nie ma historii. Bez historii nie ma scenariusza. Bez scenariusza nie ma filmu. Konflikt jest najważniejszy. Jego siła i jakość rzutuje na odbiór całości.

Mając świadomość tej zasady, nie powinno dziwić, że filmowcy tak chętnie zaglądają do świata sportu, czerpiąc z niego bohaterów, emocje i historie. Tutaj nie ma wyjść awaryjnych, salomonowych rozwiązań i mediacji. Wygrać może tylko jeden. A w takim razie wszyscy inni muszą przegrać. Czyż nie jest to prosty, naturalny i potężny generator konfliktów?

Mariaż X muzy ze sportem rozpoczął się 11 marca 1915 roku. Tego dnia Charlie Chaplin za pomocą premiery swojego krótkometrażowego obrazu zatytułowanego „Charlie bokserem” rozpoczął życie zupełnie nowego gatunku – filmu sportowego. Jednocześnie był to pierwszy raz, kiedy na ekranie zaprezentowały się sztuki walki. Od tej chwili przez następne 100 lat widzowie na całym świecie raczeni byli kolejnymi wizjami walki wręcz w twórczej interpretacji filmowców. Niestety scenarzyści, reżyserzy i producenci od samego początku traktowali sporty walki bardzo utylitarnie, wykorzystując je jako widowiskowy przerywnik, nieznaczące fajerwerki pudrujące niedostatki fabularnej narracji. Filmy określane pogardliwym mianem kina kopanego miały stanowić pospolitą, tanią rozrywkę dla mas. Nikt nie traktował ich poważnie.

Oczywiście zdarzały się wyjątki. Uznany reżyser i producent Robert Wise (zdobywca 4 Oscarów) zrealizował „Między liniami ringu” przenosząc na ekran biografię słynnego Rocky’ego Graziano z Paulem Newmanem w roli głównej. Kilka lat później w bardzo ciekawym „Pożegnaniu z ringiem” Anthony Quinn musi radzić sobie z nowymi wyzwaniami życiowymi po zakończonej karierze bokserskiej. W końcu w 1973 ma swoją premierę legendarne „Wejście smoka”.

Jednak prawdziwy przełom nadszedł 3 lata później. W 1976 roku na ekrany kin w USA wszedł skromny dramat bokserski „Rocky”. Nakręcony w zaledwie dwa miesiące, dysponujący bardzo skromnym budżetem w wysokości 960 tysięcy dolarów, wykreowany przez debiutującego, kompletnie nieznanego aktora i scenarzystę film stał się fenomenem.

Skromny dramat trafił w gusta widzów, co zaowocowało wpływami z samych kin w wysokości ponad 342 milionów dolarów, jak i krytyków, dzięki czemu zdobył trzy Oscary – za montaż, reżyserię i ten najważniejszy, dla najlepszego filmu roku (pokonując m.in. „Taksówkarza” Martina Scorsese i „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana Pakuli).

„Rocky” wyprowadził bokserów z mroków kinematograficznego undergroundu do hollywoodzkiego mainstreamu. To on przetarł szlak, którym następnie podążył między innymi Martin Scorsese („Wściekły byk”), Michael Mann („Ali”), Clint Eastwood („Za wszelką cenę”) i David O. Russell („Fighter”). Kolejne produkcje osadzone w świecie boksu nie tylko przynosiły producentom wymierne wpływy finansowe, ale stanowiły mocne kandydatury w wyścigu o najbardziej prestiżowe nagrody. Wystarczy wspomnieć, że wymienione wyżej cztery tytuły zdobyły 8 Oscarów, 5 Złotych Globów i 44 nominacje do tych nagród.

To, co się udało boksowi. nie powiodło się innym bitnym dyscyplinom. Karate, Kickboxing, Muay Thai musiały zadowolić się niskobudżetowymi produkcjami w wąskiej dystrybucji, niebezpiecznie dryfującymi w stronę kina B/C. Ich sztandarowi reprezentanci – „Karate Kid”, „Kickboxer”, „Ong Bak” – raczej nie mają szans, by na dłużej zaistnieć w świadomości szerszej grupy odbiorców.

Jeszcze gorzej wygląda filmowa sytuacja najmłodszego reprezentanta sportów walki – MMA. Czarny PR towarzyszący mieszanym sztukom walki od ich narodzin nie ułatwiał wykorzystania ich potencjału na ekranie. I chociaż obecnie miliony fanów emocjonują się najszybciej rozwijającym się sportem na świecie, to kinematografia jakby tej zmiany nie odnotowała, nadal serwując filmy mentalnie tkwiące w erze zużytych VHS-ów. „Philly Kid”, „Fist of the dragon”, „Przymusowa walka”, „Po prostu walcz” i tego typu obrazy kierowane bezpośrednio do dystrybucji internetowej, wypełniają lukę po dawnej twórczości Stevena Seagala i Jean Claude’a Van Damme’a.

Pierwszą i jak dotąd ostatnią próbą wybicia się ponad przeciętność był film Gavina O’Connora pt. „Wojownik” (2011) opowiadający o weteranie wojennym (Tom Hardy), trenowanym przez ojca alkoholika (Nick Nolte) do dużego turnieju MMA, w którym bierze udział także jego starszy brat (Joel Edgerton). Utalentowany reżyser zebrał interesującą obsadę i zadbał o to, by miała coś ciekawego do zagrania. Jeśli do tego dołożymy naprawdę udane choreografie walk, otrzymujemy sprawnie zrealizowany, interesujący i widowiskowy dramat sportowy. Niestety historia braci Conlon nie porwała widzów. Wpływy z biletów nie pokryły 25-milionowego budżetu. Nie jest to obraz, który uczyni dla MMA to, co „Rocky” zrobił dla boksu. Czy takowy się pojawi? Tempo rozwoju mieszanych sztuk walk daje nadzieję, że przebijanie się do kulturowego mainstreamu nie będzie trwało długo. Niech zwiastunem nadchodzących zmian będzie stworzony przez Byrona Balasco serial „Kingdom”, który już drugi sezon opowiada historię byłego zawodnika MMA, który po zakończeniu kariery stara się utrzymać swój gym i poprawić relacje z synami, również walczącymi w klatce.

Boks na swój przełomowy film czekał 39 lat. Miejmy nadzieję, że MMA zostanie docenione dużo szybciej.

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply