KSWPolskie MMA

Salahdine Parnasse na kursie kolizyjnym z Mateuszem Gamrotem – podsumowanie KSW 48

W rozpisce sobotniej gali KSW 48 w Lublinie zabrakło może najbardziej znanych nad Wisłą nazwisk, ale wydarzenie okazało się sportowo bardzo udane.

To była dobra gala. Aż siedem z ośmiu walk zakończyło się przez nokauty, w tym cztery w pierwszej rundzie. Zresztą jedyne starcie, które odbyło się na pełnym dystansie – czyli konfrontacja Mariana Ziółkowskiego z Gracjanem Szadzińskim – stało na dobrym poziomie. A zatem w Lublinie działo się.

KSW 48: Szymański vs. Parnasse – wyniki, relacja i punktacja

Salahdine Parnasse w walce wieczoru nie dał szans Romanowi Szymańskiemu, sięgając po tymczasowy pas mistrzowski wagi piórkowej. Potwierdził tym samym, nie pierwszy raz, że pomimo ledwie 21 lat na karku jest już zawodnikiem kompletnym, niebezpiecznym w każdej płaszczyźnie. Z której bowiem strony by nie spojrzeć, to ostatecznie rozbił polskiego zawodnika w jego koronnej płaszczyźnie, wychodząc obronną ręką z kotłów zapaśniczych, walki na chwyty – i kończąc byłego mistrza FEN uderzeniami z góry.

Na Polaka spadła zresztą lawina krytyki za wypowiedzi, jakich udzielił po walce, twierdząc, że w ostatniej akcji dawał się obijać Francuzowi, licząc na to, iż ten się zmęczy.

Otóż, wierzę Romanowi. Wierzę, że naprawdę przeszła mu przez głowę taka myśl w końcówce pojedynku. Wierzę, że rzeczywiście uderzenia Parnasse nie wyrządzały mu wtedy wielkiej krzywdy.

Z drugiej zaś strony – z kanapowej pozycji twierdzę, że po prostu nie był w stanie – nie miał na to sił? – wydostać się z niedogodnej pozycji. Sędzia wszak nawoływał go do poprawy pozycji, na co Szymański nie reagował. I zanim uniósł podwójną gardę, kilka bomb z góry weszło bardzo czysto, doprowadzając właśnie do tego, że ułożył się na boku, chroniąc za gardą – i na tym poprzestając.

Nie sposób też zgodzić się z Polakiem, który stwierdził, że w żadnym elemencie nie odstawał od francuskiego młodziana. Otóż, odstawał – niestety w każdym.

Pokonując Romana Szymańskiego – i to przed czasem, czego wcześniej w KSW nie dokonał – Salahdine Parnasse zagwarantował sobie, przynajmniej na papierze, pojedynek z mistrzem wag piórkowej i lekkiej Mateuszem Gamrotem. Czy jednak do takowego dojdzie? Sprawa wydaje się skomplikowana.

Po koncertowym rozmontowaniu Klebera Koike Erbsta w grudniu ubiegłego roku nie ukrywał, że chciałby zasiąść z KSW do stołu i porozmawiać o sprawach ważnych i ważniejszych. Wszak prawdopodobnie nikt – nie wyłączając Mameda Khalidova – nie osiągnął sportowo w KSW więcej od Gamera właśnie. Pierwszy podwójny mistrz. Niepokonany. Chce, aby doceniono go finansowo. Aby znalazł się przynajmniej w pobliżu progu płacowego największych dziwolągów KSW.

Prawa rynku są jednak nieubłagane. Jeśli dużo sprzedajesz – to i dużo zarobisz. Jeśli tyle nie sprzedajesz – to tyle nie zarobisz. Ot, biznes.

Z drugiej zaś strony, czy fundamenty KSW zatrzęsłyby się w posadach, gdyby gaża kudowianina choćby zbliżyła się do tych, jakie otrzymują największe medialnie gwiazdy organizacji? Czy ucierpiałaby struktura płacowa polskiego giganta? Powstałby groźna bezprecedensowa sytuacja, w której zawodnik zarabia niewspółmiernie dużo w stosunku do tego, ile sprzedaje?

Wszak pomimo spadających regularnie od lat wyników oglądalności KSW słyszymy nieustannie, że każdy z nich jest wielkim sukcesem – a to oznaczać musi, że tak dobrze jeszcze nigdy nie było. Może zatem już pora, aby zawodnika o największych sportowo osiągnięciach nagrodzić płacą, która może nie w pełni odzwierciedla jego zdolności sprzedażowe, ale nagradza go za historyczne na nadwiślańskiej scenie sportowe dokonania i gotowość do dalszych występów pod flagą organizacji, która prawdopodobnie jest już dla niego za ciasna.

Czy KSW stać jednak na to, aby – biznesowo – przepłacić? Czy Gamera stać na to, aby nie walczyć? Jak długo? Kto kogo potrzebuje bardziej? Maciej Kawulski i Martin Lewandowski Gamera czy może Gamer KSW? Jak – czy? – ma się do tego powiedzenie, że z niewolnika nie ma pracownika?

Nie mam żadnych wątpliwości, że wrocławsko-warszawski duet zadbał o to, aby więzi kontraktowe łączące Mateusza Gamrota z KSW były silne i trwałe. I trudno się dziwić. To podwójny mistrz. Stając zresztą do walki z Kleberem Koike Erbstem – i jak sądzę: przystając na nowe warunki kontraktowe z KSW – kudowianin wiedział, na co się pisze.

Tym niemniej, wracając do osoby Salahdine’a Parnasse’a… Jedynym sensownym sportowo zestawieniem dla Francuza jest oczywiście to z Mateuszem Gamrotem. Dla Gamera – to z Parnassem. Obu chętnie oczywiście obejrzałbym w UFC, ale mając na uwadze ich mistrzowskie statusy w KSW, prędko do tego nie dojdzie.

W kolejce po usługi Gamera efektowną wiktorią w Lublinie ustawił się też wspomniany Marian Ziółkowski, który po profesorsku rozmontował Gracjana Szadzińskiego, wychodząc zdecydowanie na czoło rajdu po złoto w wadze lekkiej. Golden Boy potwierdził tym samym, że doskonałe zwycięstwo z Grzegorzem Szulakowskim dziełem przypadku nie było.

Niebawem w rajdzie po złoto 70 kilogramów do warszawiaka dołączyć może rewelacyjnie dysponowany i nadal niepokonany Shamil Musaev, który w swoim debiutanckim występie pod flagą polskiego giganta zdeklasował Huberta Szymajdę, rozbijając go ze swojego firmowego krucyfiksu.

Dotkliwej porażki – pierwszej przez nokaut – doznał Filip Wolański, który zmuszony był uznać wyższość powracającego do akcji po ponad rocznej przerwie i stawiającego pierwsze kroki w KSW Filipa Pejica. Pierwsza runda w wykonaniu krakowianina wyglądała doskonale – masą kiwek wyprowadzał w pole nadpobudliwego i mającego wyraźne trudności w złapaniu dystansu Chorwata – ale w drugiej odsłonie wszystko się zmieniło. Obrotówka, która smagnęła czubek głowy Wolana, okazała się początkiem jego końca.

Swoją przyszłość w KSW uratował Michał Michalski, który w starciu z Savo Lazicem zmuszony był powrócić z dalekiej podróży – ale dokonał tego, kończąc umordowanego Czarnogórca w drugiej rundzie pojedynku.

Nieskazitelny rekord podtrzymał mistrz wagi średniej TFL Cezary Kęsik, który w pierwszej rundzie ubił innego debiutanta Jakuba Kamieniarza, następnie wdając się w medialny tany z Damianem Janikowskim. Szczerze jednak wątpię, aby w najbliższej przyszłości doszło do ich konfrontacji. Olimpijczyk nie odrzuci oczywiście żadnego wyzwania – ale matchmaker KSW powinność swojej roli niewątpliwie zna.

Na prawdziwego króla nokautu wyrasta Sebastian Przybysz, który w pierwszej odsłonie ustrzelił Bogdana Barbu. Dla 25-latka jest to już drugi nokaut w trzecim występie pod flagą KSW – a mając na uwadze, że wojuje w kategorii koguciej, gdzie o skończenia uderzeniami nie jest tak łatwo, jego dokonania robią wrażenie.

Wreszcie najbardziej rozczarowującym pojedynkiem gali okazał się co-main event, gdzie naprzeciwko siebie stanęło dwóch zawodników, którzy są zdecydowanie bliżej końca niż początku swoich karier. W starciu Łukasza Jurkowskiego ze Stjepanem Bekavacem historia zatoczyła koło, bo rewanż ponownie zakończył się kontuzją – ale tym razem Chorwata.

*****

Lowking.pl trafia na Patronite.pl – oto dlaczego

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Back to top button