„Co to w ogóle była za kontuzja? Ziaziu w nóżkę?” – Jared Cannonier zirytowany słowami Andersona Silvy


Jared Cannonier podsumował zwycięski pojedynek z Andersonem Silvą, z dużym dystansem podchodząc do tezy, jakoby wygrał tylko dzięki kontuzji rywala.

W co-main evencie sobotniej gali UFC 237 na wrogim terenie w Rio de Janeiro Jared Cannonier stanął do najważniejszej walki w swojej sportowej karierze, krzyżując rękawice z legendarnym Andersonem Silvą.

Na przestrzeni niespełna pięciu minut – bo ostatecznie tyle trwał pojedynek – Amerykanin mocno okopał wykroczną nogę Brazylijczyka, ostatecznie fundując rywalowi kontuzję kolana uniemożliwiającą mu dalszą walkę.

Wśród fanów i przedstawicieli części mediów błyskawicznie ukuto narrację, wedle której może i Killa Gorilla wygrał, ale o wyniku walki w głównej mierze przesądziła pechowa kontuzja Brazylijczyka. Sam zresztą Pająk jeszcze w oktagonie w pierwszych słowach po porażce oświadczył, że z kontuzją kolana borykał się już podczas obozu przygotowawczego.

Co na to Amerykanin? Otóż, zachwycony nie był.

Chodził dobrze przed walką. Przeszedł bez problemów całą drogę z szatni do oktagonu. I nie było to pierwsze kopnięcie, jakim go trafiłem.

– powiedział podczas konferencji prasowej po gali.

I co to w ogóle była za kontuzja? Ziaziu w nóżkę? Siniak? Jakieś zerwanie? Czy co to było? Ja tego nie wiem. Nikt nie wie. Jest więc, jak jest. Wyszedłem tam i wykonałem swoją robotę.

Wielu ludzi wchodzi do oktagonu z urazami. W czwartek przed przylotem tutaj uszkodziłem żebro. A potem Anderson kopnął mnie tam dwa razy. Trzy razy. Nie wiedziałem, że miał jakąś kontuzję. Wykonuję tylko swoją robotę. Jeśli miał uszkodzoną nogę, to nie powinien walczyć. Rozumiecie? Ale to Anderson Silva, może tam wychodzić i robić swoje. Ale nie dzisiejszego wieczoru ze mną. Byłem gotowy na wszystko, co miał do zaoferowania. Trafił mnie co prawda kilka razy, popełniłem kilka błędów. Jest więc lekcja do odrobienia.

Nie powiem więc, że doznał kontuzji nogi i dlatego wygrałem. Nie. Kopnąłem go w nogę – i dlatego wygrałem.

Zobacz także: Rose Namajunas rozważa zakończenie kariery po porażce z Jessicą Andrade

Cannonier przyznał, że poza kontuzją żeber, której się nabawił – twierdzi, że na początku istniało duże ryzyko, iż zmuszony będzie wycofać się z walki – dopadły go też inne problemy w drodze do gali. Zgubiono jego bagaże, a gdy tylko wylądował w Rio de Janeiro, w jego domu w Arizonie zaczęły się dramaty z powodu choroby jednej z córek oraz psa.

Zakończenie pojedynku nie było takie, jak sobie wymarzył, ale Amerykanin podkreślił, że najważniejsze jest zwycięstwo.

Wolałbym, aby poszedł spać po pierwszym ciosie, jakim go trafiłem. Tak by było jeszcze lepiej.

– powiedział, zapytany, czy nie wolałby wygrać po wojnie na wyniszczenie.

Wiktoria, fatality, żadnych kontuzji, żadnych obrażeń. Trafił mnie tym kopnięciem po przekroku. Zaskoczył mnie, byłem nieprzygotowany. Trafił mnie prostym, kilka razy kopnął na korpus. Zawsze chcę tam wejść i potem wyjść nienaruszony. Kończę gości w 10 sekund, dostaję wypłatę i do domu.




Podczas rozmowy w oktagonie po zwycięstwie Cannonier został okrutnie wybuczany przez zgromadzonych w Jeunesse Arena fanów. Udzielając pierwszych wywiadów zaraz po zakończeniu walki, nie ukrywał rozgoryczenia i wręcz złości z powodu zachowania brazylijskich fanów, twierdząc, że całkowicie go znieważyli – ale podczas konferencji prasowej przyszła pora na refleksję.

Najwyraźniej sprowokowałem ich zwycięstwem.

– powiedział.

A także tym gestem wskazującym na ucho, chociaż zaczęli już buczeć, gdy tylko odchodziłem. Nie pozwoliłem jednak, aby to na mnie wpłynęło. Odpowiedziałem, jakby drażniąc lwa. Nie było w tym jednak żadnej wrogości z mojej strony. Wydaje mi się, że to buczenie nasiliło się po moim geście wskazującym na ucho. Do tego doszła pewna niedojrzałość. Nie było moją intencją, aby to potęgować czy zaogniać sytuację.

Zwycięstwo z Andersonem Silvą jest dla Jareda Cannoniera drugim – po tym, jak ubił Davida Brancha – od czasu przejścia do kategorii średniej.

Zapytany o to, z kim chciałby zmierzyć się w kolejnym pojedynku, nie zawahał się.

Ktokolwiek. Bez znaczenia.

– powiedział, dodając z uśmiechem:

Ze zwycięzcą Whittakera z Adesanyą. Może tak?

*****

Zmierzch brazylijskich legend i traktorzystka z Kraju Kawy – cztery wnioski po UFC 237


Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply