Analizy UFC 200 – Daniel Cormier vs. Jon Jones II


Szczegółowa techniczno-bukmacherska analiza rewanżowego starcia Daniela Cormiera z Jonem Jonesem, które odbędzie się na jubileuszowej gali UFC 200.

Pasjonująco zapowiadająca się rewanżowa batalia na szczycie kategorii półciężkiej pomiędzy mistrzem Danielem Cormierem i tymczasowym mistrzem Jonem Jonesem uświetni prawdopodobnie największą galę w historii amerykańskiego giganta – UFC 200. Obaj zawodnicy staną naprzeciwko siebie późnym wieczorem 9 lipca w Las Vegas.

Kto zunifikuje pasy, wychodząc z pojedynku w glorii chwały z ręką uniesioną w górze?

205 lbs: Daniel Cormier (17-1) vs. Jon Jones (22-1)

Kursy UNIBET: Daniel Cormier vs. Jon Jones 3.40 – 1.29

Zanim zacznę właściwą analizę, koniecznie muszę przypomnieć Wam tekst, który spłodziłem w styczniu zeszłego roku przed pierwszą walką Jonesa i Cormiera na gali UFC 182. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji go przeczytać, odsyłam tutaj.

Przyczynkiem do napisania tamtejszej analizy były kursy bukmacherskie, wedle których Jon Jones był tylko niewielkim faworytem – kurs na jego wygraną wynosił aż 1.61. Polecałem grać ten kurs, szczegółowo uzasadniając, dlaczego tamtejszy Cormier nie miał szans na pokonanie Bonesa.

Dlaczego wspominam w ogóle o tamtej analizie? Otóż, chcę, abyście byli świadomi, że doskonale pamiętam, co pisałem. Doskonale pamiętam, jakie argumenty przytaczałem, a które przemawiać miały na korzyść Jonesa. Krótko przypomnę najważniejsze z nich.

Otóż, przekonywałem wówczas, że w każdym dystansie (kickbokserskim, półdystansie i klinczu) to ówczesny mistrz ma do zaoferowania znacznie więcej, korzystając z bogatego wachlarza kopnięć, łokci, dźwigni na ręce w podchwycie. Przekonywałem, że łatwiej bronić obaleń niż je finalizować, nie wierząc, że DC będzie w stanie kłaść Bonesa na plecach. Pisałem o tym, że Cormier przed walką trenował przede wszystkim z Lukiem Rockholdem, natomiast Jones ściągnął wybornego zapaśnika w osobie Eda Rutha. Wspominałem, że nie sposób porównywać Alexandra Gustafssona z Danielem Cormierem i wysnuwać wniosków, że ten drugi sprawi problemy Jonesowi. Wreszcie wskazywałem leciwych rywali Cormiera jako dowód, że tak naprawdę nic jeszcze nie pokazał.

Pamiętam dobrze te argumenty. I teraz nie oszalałem – jak sądzę… Ale zanim przejdę do meritum, wymieńmy, co wydarzyło się w okresie między tamtejszą analizą a tą, którą czytacie teraz? Otóż, przede wszystkim Jones i Cormier starli się na UFC 182. Ponadto Cormier stoczył dwie zwycięskie walki, dusząc Anthony’ego Johnsona i wypunktowując Alexandra Gustafssona. Ostatnio natomiast Jones pokonał Ovince’a St. Preuxa. I jeśli chodzi o oktagonowe wydarzenia w tym okresie czasu – to wszystko.

Nie będę szczegółowo analizował każdego z tych pojedynków, ale wyciągnę najistotniejsze elementy, które mogą przełożyć się na sobotnią walkę Cormiera i Jonesa.

Dlaczego więc niniejszym w pełni władz umysłowych i przez nikogo nie przymuszanym zmieniam zdanie o niemal 180 stopni w kwestii oceny szans obu zawodników na zwycięstwo? Dlaczego uważam, że kurs na zwycięstwo Jonesa (1.29) jest zupełnie niewart ryzyka? Posłuchajcie…

Jon Jones vs. Daniel Cormier I

Poniżej pozwolę sobie przedstawić najważniejsze wnioski z pierwszego pojedynku obu zawodników.

„Dominacja” Jona Jonesa

Od czasu pierwszej walki pojawiło się kilka mitów – największym z nich jest ten, wedle którego Bones zdominował DC. Pozostaje jeszcze kwestia szczegółowej interpretacji słowa zdominował, ale w słowniku pojęć, z którego ja korzystam, o dominacji można mówić np. w kontekście drugiej czy trzeciej walki Caina Velasqueza z Juniorem dos Santosem. To była dominacja. Nikt nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości, który z zawodników wygrał poszczególne rundy.

W rywalizacji Jonesa z Cormierem było zupełnie inaczej. Pierwsza runda była wyrównana, ale 10-9 dla Jonesa w pełni się broni – choć to Cormier zadał więcej celnych ciosów na głowę (15-13), podobnie zresztą jak w rundzie drugiej i trzeciej. Druga runda należała do pretendenta. Trzecia była piekielnie wyrównana – jeden z sędziów punktował ją dla Cormiera, podobnie jak kilku dziennikarzy. Niektórzy punktowali 10-10, inni 10-9 Jones. Można czynić argumenty na rzecz jednego bądź drugiego. Czwarta runda była zdecydowanie najlepsza w wykonaniu Jonesa, który wygrał ją pewnym i bezdyskusyjnym 10-9 – choć oczywiście ani razu nie był bliski skończenia rywala. Z kolei w ostatniej rundzie nie działo się niemal nic – punktowano ją 10-9, bo mimo wszystko to Jones zadał więcej uderzeń, dłużej wciskał Cormiera do siatki. Sam jednak był nie mniej zmęczony, nie mając sił odpalić większej ofensywy i skupiając się niemal wyłącznie na kontroli.

Poniżej sposób, w jaki można było wypunktować wszystkie rundy, nie doprowadzając do światowego skandalu:

R1: 10-9 JJ
R2: 10-9 DC
R3: 10-9 JJ, 10-10, 10-9 DC
R4: 10-9 JJ
R5: 10-9 JJ, 10-10

Tylko trzy rundy nie podlegają żadnej dyskusji. Dominacji zatem nie było. Jones zrobił więcej i wygrał zasłużenie, ale o żadnej przepaści czy różnicy klasy między oboma zawodnikami mówić nie sposób.

Tak punktowali walkę dziennikarze:

jj_dc

Jeśli nie przekonuje Was powyższe, może przekona Was to:

jj_2

To Jon Jones schodzący do narożnika po drugiej rundzie. Robił to – podnosił ręce w geście triumfu – po każdej odsłonie. Może po prostu chciał pokazać swoją wyższość nad nielubianym rywalem? A może po prostu sam był świadomy, że rundy były wyrównane, a taki gest jest dobrze odbierany przez sędziów punktujących? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. Gdy będziecie to robić, miejcie na uwadze, że Greg Jackson przywiązuje wagę do najmniejszych szczegółów i to wpaja swoim podopiecznym. Wiecie, „Jon, go get some fans”.

Podsumowując, ważne, żeby zdać sobie sprawę z faktycznego przebiegu pierwszej walki, bo co i rusz słychać argumenty, wedle których Jones zlał już raz Cormiera. Znowu – kwestia interpretacji słowa „zlał”, ale… nie przesadzajmy. Zachowajmy zdrowy osąd. O żadnym laniu nie mogło być mowy.

Przyczyny zwycięstwa Jonesa

Bez wdawania się w szczegółową analizę wszystkich akcji zawyrokuję, że kluczem do pokonania Cormiera okazały się dla Jonesa dwa elementy, które zadecydowały o tym, że to on zachował więcej sił, będąc aktywniejszym w rozstrzygających losy pojedynku rundach mistrzowskich.

Po pierwsze – Bones ostrzeliwał korpus Cormiera. Przede wszystkim z dystansu, gdzie zaprzęgał do tego ciosy proste (szczególnie kros z odwrotnej pozycji), kopnięcia smagające i okrężne. Było to możliwe, bo poza drugą rundą Daniel nie był wystarczająco aktywny i agresywny, dając Jonesowi czas na wyprowadzanie tychże zróżnicowanych ataków z dystansu. Zwlekał z ofensywą zbyt długo, czego jednym z głównym powodów były kopnięcia na kolana, którymi Jones raził DC, zmuszając go do podwójnego zastanowienia się, zanim skrócił dystans, przenosząc ciężar ciała na wykroczną nogę.

Po drugie – co wynika w dużej mierze z pierwszego – Cormiera dobiły fragmenty klinczu, w których wyższy i świetnie walczący o chwyty Jones wieszał się na zmiękczonym już wcześniejszymi uderzeniami na korpus pretendencie, jeszcze bardziej drenując jego zasoby energii. Swoje zrobiły też nieudane próby obaleń Cormiera, który stracił na nie sporo sił (o tym dalej), a także słynne dźwignie na ręce, którymi Jon zagrażał rywalowi, piekielnie utrudniając mu walkę o podchwyty.

Czynniki przemawiające za Danielem Cormierem

Do elementów, które przemawiają na korzyść Jona Jonesa, przejdę później, ale teraz sprawdźmy, dlaczego o skreślaniu Daniela Cormiera w rewanżu nie może być mowy.

Klasyczna / odwrotna pozycja Jona Jonesa

Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie przyglądałam się szczegółowo umiejętnościom Jona Jonesa. Ot, wiedziałem, z jakich uderzeń najczęściej korzysta, jak się porusza i tak dalej. Ale żeby usiąść i dokładnie przyjrzeć się, kiedy, jak, dlaczego uderza, jak się broni – dopiero teraz poświęciłem na to czas, odświeżając sobie kilka jego ostatnich walk z notatnikiem w ręku.

Ukułem teorię, która, jak postaram się zaraz Was przekonać, ma ręce i nogi. Dotyczy ona sposobu na pokonanie Bonesa. I wydaje mi się – tego nie jestem pewien, ale istnieją na to przesłanki – że moją opinię podziela też Daniel Cormier.

Spójrzcie na fragmenty pierwszej rundy pierwszej walki. To bodaj najmocniejsze uderzenia Jonesa z tej odsłony.

Jones wielokrotnie schodził mocno do prawej, sięgając prawicą bioder/uda Cormiera, markując obalenie, a następnie wystrzeliwując krosem.

Prawdopodobnie o tych dwóch akcjach po walce Cormier powiedział, że odebrały mu najwięcej zdrowia – czytaj energii..

Co łączy wszystkie te powyższe akcje? Pewnie już wiecie, ale jeśli nie, spójrzcie jeszcze na tę:

I wszystko jasne – otóż, Jones jest bez porównania skuteczniejszy, walcząc z odwrotnej pozycji. Będąc właśnie tak ustawionym, wyrządził zdecydowanie największe szkody Cormierowi w dystansie.

Z odwrotnej pozycji Jones uwielbia korzystać z długiego krosa na głowę lub korpus, kopie z obu nóg na kolana, a zakroczną wykorzystuje do odbierających dech w piersiach teepów na korpus lub okrężnych na głowę lub korpus oraz frontali na twarz. Jego arsenał jest wówczas przebogaty!

Nie jest oczywiście tak, że walcząc z pozycji klasycznej, nagle staje się jak dziecko we mgle, ale…

Znacznie łatwiej go trafić, a jego boks praktycznie nie istnieje. Zero. Kiedyś zaatakował czasami krosem, ale w ostatnich walkach zdecydowanie przestawił się na walkę na mańkuta. Z klasycznej obecnie raz na ruski rok rzuci jakiś bezpośredni prawy z dołu, czasami zaatakuje łokciem z doskokiem, ale ciosy proste, którymi z odwrotnej pozycji sterroryzował DC w pierwszej walce? Nic z tych rzeczy! Jego wachlarz kopnięć jest też znacznie uboższy, a gotowość do ich wyprowadzania bez porównania mniejsza.

Innymi słowy, Jones w pozycji klasycznej to połowa Jonesa. W jaki natomiast sposób zmusić Bonesa, by walczył klasycznie? Jest na to sposób i na podstawie pierwszej walki domniemuję, że Cormier wie, jak tego dokonać… Otóż…

Lowkingi

Właśnie.

Lowkicki i kąty! Lowkicki i kąty! – krzyczał do Daniela Cormiera w przerwie między pierwszą i drugą rundą jego trener Javier Mendez. To nie przypadek. Niskie kopnięcia to klucz nie tylko do zmniejszenia mobilności Jonesa, ale przede wszystkim przestawienia go z pozycji odwrotnej, w której jest morderczo groźny i bardzo skuteczny, na klasyczną, w której jego najważniejsze narzędzia mordu stają się bezużyteczne.

I Daniel próbował to robić – jak wierzę, także po to, by zmusić Jonesa do zmiany pozycji na klasyczną.

Bones nie broni dobrze lowkingów. Zwróćcie uwagę szczególnie na pierwszym przykładzie, jak mocno opiera ciężar ciała na wykrocznej nodze, co bardzo utrudnia jej poderwanie. Dlaczego tak robi, mocno pochylając się do przodu? Aby być w gotowości do sprawlu. W rewanżu nie spodziewam się zmiany.

To, że Jones nie lubi niskich, wiadomo już od dawna, a konkretnie od czasu walki z Quintonem Jacksonem, który kilka razy go nimi zdzielił. Nawet pewne fragmenty z walki Bonesa z DC wskazują na to, że lowkingi to bardzo nielubiane przez tego pierwszego ataki.

Na pierwszym przykładzie Cormier atakuje wewnętrznym kopnięciem, choć nie trafia czysto. Jones błyskawicznie odwdzięcza mu się własnym lowem. Może wysnuć tezę, że Bones jest jak Rafael dos Anjos, który czyni podobnie na zasadzie – „ty mi tak, ja ci jeszcze mocniej”, ale zdecydowanie bliżej mi do tezy, że Jones reaguje tak, bo sam bardzo nie lubi być kopany.

Z kolei drugi przykład pokazuje, że taktyka lowkingów może być skuteczna, aby zmusić Jonesa do walki z pozycji klasycznej. Po tym, jak inkasuje lowkinga od Cormiera, zmienia pozycję na klasyczną właśnie, chowając okopaną nogę do tyłu.

Innymi słowy, od strony technicznej kluczem będzie zmuszenie Jonesa do walki z klasycznej pozycji, a narzędziem do tego wewnętrzne (choć i kilkoma zewnętrznymi Cormier atakował) lowkingi reprezentanta American Kickboxing Academy. Walczący klasycznie Jon nie ma wiele do zaoferowania – przewaga bokserska w takiej sytuacji należeć będzie do krótkorękiego, ale szybszego i lepiej poukładanego pięściarsko Cormiera. Dodatkowo, Jones zmuszony będzie do walki z niekomfortowej pozycji, z czym wiąże się też szereg czynników mentalnych.

Walki Cormiera z Johnsonem i Gustafssonem

Pamiętacie, jak pisałem w tamtej analizie sprzed roku o wątpliwiej klasie sportowej dotychczasowych rywali Cormiera? Pozwólcie, że przytoczę cytat:

Nie chcę umniejszać dokonań Daniela Cormiera, bo uważam go za świetnego zawodnika, a nazwiska, które pokonał, za solidne skalpy (przynajmniej w większości), ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden aspekt, który znalazłem w odmętach internetu – a mianowicie wiek jego ostatnich rywali, gdy się z nim mierzyli.

Dan Henderson – 44 lata
Patrick Cummins – 34
Roy Nelson – 37
Frank Mir – 34
Dion Staring – 35
Josh Barnett – 36
Antono Silva – 33
Jeff Monson – 40
Devin Cole – 33

W większości była to oczywiście waga ciężka, co może stanowić jakiś argument przemawiający za Cormierem w kontekście jego batalii z Jonesem, ale… który z wyżej wymienionych zawodników był w gazie w momencie, gdy podchodził do starcia z sobotnim pretendentem? Właśnie…

Teraz natomiast sytuacja zmieniła się diametralnie. Najbardziej jak tylko mogła się zmienić. Cormier stoczył bowiem dwa zwycięskie boje z prawdopodobnie najlepszymi po Jonesie zawodnikami kategorii półciężkiej, czyli właśnie Johnsonem i Gustafssonem. Ma to kapitalne znaczenie przed rewanżem. Nawet gdybym przymknął oko na wszystkie techniczne aspekty, to sam fakt stoczenia przez DC – i wygrania – tych dwóch walk automatycznie powoduje, że daję mu – i każdy powinien – więcej szans na pokonanie Jonesa teraz niż przed pierwszą walka, gdy lista jego rywali była znacznie uboższa.

Oczywiście musimy mieć w tyle głowy cały czas świadomość, że Gustafsson i Johnson pomimo kilku podobieństw z Jonesem (zasięg, gabaryty Gustafssona, siła Johnsona) to jednak stylistycznie zupełnie inni zawodnicy i bez porównania gorsi zapaśnicy. Oczywiście. Jednak Cormier w obu pojedynkach pokazał ogromny progres właśnie w aspektach, które będą dla niego kluczowe w konfrontacji z Jonesem.

Przede wszystkim bowiem od strony kondycyjnej DC w obu walkach wyglądał rewelacyjnie. A odnotujmy, że w obu tych pojedynkach przyjął mocniejsze ciosy (z Johnsonem) i znacznie więcej (z Gustafssonem) niż w potyczkach z Jonesem. Ba, i Rumble, i Mauler mieli go w pewnym momencie na deskach po knockdownie! A nie muszę chyba mówić, jak na zasoby energii wpływają uderzenia posyłające zawodników na dechy? Pomimo tego DC do samego końca prezentował się doskonale, będąc prawdziwym pitbullem.

W obu tych starciach nie było oczywiście tak wiele zapasów drenujących siły Cormiera jak w konfrontacji z Jonesem, ale – nie zapominajmy, że to uderzenia na korpus odebrały DC najwięcej energii w konfrontacji z Jonesem – a tych przyjął też masę od Gustafssona, szczególnie kolan na korpus. Pomimo tego napierał do samego końca.

Byłem naprawdę pod wrażeniem występów Cormiera, szczególnie tego ze Szwedem. Jak żywo przypominał pod względem agresji, determinacji, serca do walki, kondycji najlepszą wersję Caina Velasqueza. Nie było w nim ani odrobiny gotowości do oddania pola, nawet po knockdownie zaprezentował wielką mądrość, błyskawicznie łapiąc klincz, by następnie znów wcielić się w rolę agresora. To było mocne.

W obu walkach pokazał też niesamowity charakter i umiejętność przezwyciężania problemów. Jak wspominałem, dwukrotnie lądował na deskach i dwa razy wydostawał się z tarapatów. To bardzo cenne doświadczenie.

Także od strony technicznej, szczególnie w konfrontacji z Gustafssonem, Cormier zaprezentował spory progres, przede wszystkim w aspekcie bokserskim. Trafił długorękiego przecież Szweda masą ciosów prostych – i jabów i soczystych krosów z zejściem, co w rywalizacji z Maulerem wcale do prostych zadań nie należy. Atakował dobrymi kombinacjami, przeplatając ciosy na korpus z ciosami na głowę. Jego klincz wyglądał doskonale, a także bardzo często uderzał niskimi kopnięciami (o ich znaczeniu w rewanżu z Jonesem pisałem wcześniej).

Te dwie walki to był dla niego prawdziwy chrzest bojowy, który zdał z wyróżnieniem.

Znajomość rywala przed rewanżem

Punkt ten mocno wiąże się z powyższym. Działa w dwie strony, ale uważam, że to Cormier wyniósł zdecydowanie więcej z pierwszej walki z Jonesem niż ten ostatni. DC poznał cały arsenał Jonesa, czego nie można powiedzieć o tym ostatnim, który w rundach mistrzowskich miał już Cormiera mocno wymęczonego.

DC poznał też zapasy Jonesa i teraz powinien już wiedzieć, że jego ulubione obalenia – a więc wewnętrzne haczenia – nie mają większych szans powodzenia w konfrontacji z Jonesem, którego nóg po prostu niski Cormier nie jest w stanie dosięgnąć.

Mając pozycję over/under Cormier wielokrotnie próbował wewnętrznych haczeń, ale nie był w stanie dosięgnąć nóg długiego Jonesa. W piątej rundzie spróbował jednak wycięcia i częściowo przyniosło to skutek, choć technika ta wcale nie będzie łatwiejsza w rewanżu.

Wierzę Cormierowi, gdy przekonuje, że przed walką z Jonesem nie miał za sobą żadnych wyzwań w kategorii półciężkiej. Że pojedynek z Bonsem był dla niego swego rodzaju szokiem, zaskoczeniem. Wcześniej przecież pokonał tylko Patricka Cumminsa i Dana Hendersona, którzy nie stawili mu żadnego oporu. Dla DC pierwsza walka z Jonesem stanowiła gargantuiczny – naprawdę GARGANTUICZNY – przeskok. Teza, że nie do końca był na to gotowy mentalnie i fizycznie, da się obronić.

Teraz natomiast? Po walkach z Anthonym Johnsonem i Alexandrem Gustafssonem, a szczególnie po pierwszej walce z Jonem Jonesem, o żadnym szoku mowy być nie może. Cormier wie niemal dokładnie, czego się spodziewać, także z uwagi na ostatnią walkę Jonesa z Ovincem St. Preuxem, o czym za chwilę. Czy Bones natomiast wie, czego spodziewać się po Cormierze? Nie byłbym tego taki pewien. Na pewno może spodziewać się zmian, ale ich charakter nie jest jasny. Daniel poznał bowiem mocną wersję Jona, kosztując wszystkich jego narzędzi mordu. W drugą stronę to nie zadziałało. Dwoma ostatnimi walkami Cormier pokazał, że potrafi więcej niż w walce z Jonesem.

Targanie ciężarów a Jon Jones – walka z OSP

Słyszałem już masę różnych tez na temat pojedynku Jona Jonesa z Ovincem St. Preuxem. Jedni chwalą go za unikanie ryzyka i mistrzowskie podejście, inni ganią za wyrachowanie. Jedni widzą w tym występie przesłanki wskazujące na to, że Cormier będzie miał większe szanse w rewanżu, inni wręcz przeciwnie – zaznaczają, że mądre podejście Jonesa zwiastuje Cormierowi jeszcze trudniejszą przeprawę niż w pierwszym starciu.

Sam Jones z kolei zmienia zdanie jak chorągiewka. Po walce przyznał, że wypadło słabo, potem tłumaczył, że nie było tak źle, by jakiś czas później przekonywać, że to była kapitalna walka i jest z niej dumny. Ostatnio natomiast podczas telekonferencji znów przyznał, że wypadł słabo, zaznaczając jednak, że wyciąganie wniosków na temat jego formy na podstawie jednej tylko walki nie ma sensu.

Zdecydowanie skłaniam się ku tezie, że nawet nie tyle przebieg tego pojedynku, co działania Jonesa i jego obozu po nim wskazują na to, że nie byli oni z niej zadowoleni. Jones odstawił bowiem przed rewanżem targanie ciężarów, a nawet stwierdził – w co mu wierzę – że starał się ściąć mięśnie. Czy dokonał tego w trzy miesiące? To możliwe, ale nerwowe ruchy – a w takich kategoriach to postrzegam – naprawianie pewnych aspektów sugerują bardzo wyraźnie, że pojedynek z OSP nie potoczył się tak, jak obóz Jonesa sobie tego życzył. Sam Greg Jackson zresztą zaraz po końcowej syrenie stwierdził: Podnoszenie ciężarów to problem. Pompuje się. Teraz chcę tylko odtańczyć taniec pod tytułem „a-nie-mówiłem”.

Bones zapewnia co prawda, że to z uwagi na formę i zerową niemal aktywność OSP sam nie czynił wiele więcej, traktując ten pojedynek niemal jako sparing, ale… To może mieć ręce i nogi, ale wcale nie musi. Nie jestem bowiem przekonany, że Jones – jak zapewnia – dostosowuje się do tempa/agresji rywala i jeśli ten niewiele robi, to i Jones nie szarżuje, a gdy ten szaleje, to i Jones wzbija się na wyżyny możliwości. Tylko raz w karierze Jon miał przed sobą prawdziwe wyzwanie – nie licząc walki z Cormierem, która mimo wszystko toczona była w o wiele wolniejszym tempie – i była to konfrontacja z Alexandrem Gustafssonem. I Bones pokazał charakter i serce do walki, owszem, ale czy wzbił się na jakiekolwiek wyżyny? Nic z tych rzeczy.

9 lipca stanie naprzeciwko prawdziwego pitbulla, który będzie parł do przodu bezustannie. To inny rodzaj intensywności niż ten, który fundował mu długimi prostymi Alexander Gustafsson.

Jones nie imprezuje, nie pije, nie pali

Chael Sonnen ostatnio stwierdził, że to nieprawda i zacięcie imprezowe Jonesa nadal jest obecne, choć w odrobinę mniejszym stopniu, ale… Jeśli przyjmiemy, że rzeczywiście Jones nie spędza już tak wiele czasu na imprezach, to wcale nie musi stanowić argumentu na rzecz jeszcze lepszej formy w oktagonie.

Pisałem o tym wielokrotnie na Lowkingu i powtórzę raz jeszcze – jeśli pokonujesz wszystkich, dostajesz się na szczyt, wiodąc podwójne (sportowe i imprezowe) życie, to może właśnie ten drugi składnik (imprezy) jest nieodzownym elementem sukcesu? Jeśli go eliminujesz, bardzo mocno zmieniasz swoje życie, co jak najbardziej może przełożyć się na aspekt sportowy. Może te imprezy pomagały Jonesowi rozładować napięcie?

To tak jak z ochraniaczami u Jose Aldo. Wielu marudzi, że przez to, że całe lata sparował bez nich, zmuszony był wycofywać się z wielu walk z powodu kontuzji. Ale jest druga strona medalu – może właśnie dzięki tym sparingom doszedł tam, gdzie doszedł? Może właśnie ostre sparingi wpływały na jego nastawienie do walki, pewność siebie i szereg innych mentalnych czynników, które decydowały o jego sukcesach?

Jeden aby dobrze prezentować się w oktagonie, musi zajarać, inny lać się ostro na sparingach. Jeszcze inni nie potrzebują ani jednego, ani drugiego.

Jednak pojedynek Jonesa z OSP, którego nie był w stanie skończyć, ani nawet porządnie naruszyć, wskazuje na to, że porzucenie imprezowego życia wcale nie musiało wyjść Bonesowi na dobre.

Cain Velasquez

Nie lekceważę tego elementu. Daniel Cormier w przygotowaniach do tej gali sparował regularnie z Cainem Velasquezem, który – nie mam wątpliwości – jest silniejszy fizycznie i nie gorzej poukładany technicznie w klinczu niż Jon Jones, nawet pomimo innych warunków fizycznych. Przypomnę, że przed pierwszą walką DC nie miał tego komfortu, przygotowując się głównie z Lukiem Rockholdem.

Velasquez przyznał co prawda, że przed swoją walką z Travisem Brownem na tej samej gali ograniczył sparingi do około dwóch na tydzień, ale nie zmienia to faktu, że bez wątpienia tym razem Cormiera miał kto dociążać. Kupuję tezę reprezentanta American Kickboxing Academy, który po pierwszej walce przyznał, że zetknięcie z Jonesem stanowiło dla niego także swego rodzaju szok z tego względu, że od wielu miesięcy nikt nie zmuszał go do tak dużego wysiłku zapaśniczego – Velasquez wszak był kontuzjowany, a Khajumurad Gatsalov, którego ściągnął Cormier, był stylistycznie zupełnie nieporównywalny z Jonesem – no i nie miał uderzeń.

Atak na korpus

Uderzenia na korpus są ryzykowne – wyprowadzane w dystansie odsłaniają głowę, narażając na kontry. Z drugiej strony natomiast warto mieć świadomość, że mogą być kapitalną bronią na Jona Jonesa, który przecież ma bardzo długi korpus i jako wysoki zawodnik jest tradycyjnie narażony na tego rodzaju uderzenia.

Zaskoczenie go uderzeniami z dystansu będzie jednak trudne, bo po prostu trudno go dosięgnąć, ale od razu zaznaczam, że Jones to nie jest żaden counterpuncher, więc nie jest tak, że jeśli Cormier spróbuje jakiegoś prostego na schaby, musi szczególnie liczyć się z kontrą. Bones walczy w swoim tempie, rzadko przerywa akcje rywali własnymi.

Nie w tym jednak sęk – chodzi bowiem o klincz, w którym przecież w pierwszych trzech rundach pierwszego starcia Cormier radził sobie bardzo przyzwoicie.

Daniel Cormier rzadko atakował korpus Jona Jonesa w momentach wymian w klinczu – powyżej dwa przykłady, gdy to uczynił. Zdecydowanie chętniej koncentrował się na atakach podbródkowymi na głowę, co mimo wszystko nie przynosiło większych efektów w obszarze szkód, choć, rzecz jasna, było punktowane przez sędziów.

Uważam, że DC i jego sztab szkoleniowy spróbują innej walki w klinczu. Kluczem wydają się ataki na korpus, które Daniel w zwarciu dzięki krótszym ramionom będzie mógł wykorzystywać.

Głowa Jonesa testowana była wielokrotnie – zniósł wszystko. Jego korpus? To już inna historia i myślę, że Cormier zrobi, co w jego mocy, aby sprawdzić odporność wątroby Bonesa na solidne wstrząsy.

Mentalność, nastawienie, rewanż

Dla Cormiera pierwsza walka z Jonesem była największym wyzwaniem w życiu, najważniejszym starciem. Czymś, czego nigdy wcześniej nie skosztował. Teraz ma za sobą nie tylko to doświadczenie, ale też dwa inne – z Johnsonem i Gustafssonem. To może zaprocentować. Nie wchodzi w nieznane.

Podobnie ma się sprawa z jego nastawieniem do walki. Sądzę, że przesunięcie jej o kilka miesięcy pomogło Cormierowi w uspokojeniu skołatanych nerwów. Nie będzie podchodził już do Jonesa tak emocjonalnie jak wcześniej. Czas leczy rany, osłabia emocje, zwłaszcza negatywne.

Może to też pozytywnie odbić się na jego kondycji – nic szybciej jej nie wyczerpuje, poza uderzeniami na korpus, niż nerwowość i nadmierna ekscytacja.

Wreszcie z zasady tak to już bywa, że w rewanżu to zawodnik, który przegrał pierwsze starcie, zmienia więcej – bo musi, aby odwrócić kartę. Zwycięzca robi to znacznie rzadziej, miewa też więcej pewności siebie. Dość powiedzieć, że przed tą walką Jones przyznał, że nie ściągał żadnego sparingpartnera, przekonując, że Cormier niczym się nie wyróżnia. Kto wie, czy w jego poczynaniach nie brakuje lekceważenia względem Cormiera. Wszak głośno mówi już o kolejnych walkach, wybiegając daleko za pojedynek z DC. Pewność siebie jest ważna, ale…

Sędzia John McCarthy

Fakt, że pojedynek sędziował będzie John McCarthy to duży atut Daniela Cormiera. Oto trzy powody, dla których uważam, że wynikną z tego korzyści dla DC.

1. John McCarthy rządzi i dzieli

Jones przyznał, że czuje u McCarthy’ego „złą energię”. Wierzę mu. Uważam, że bierze się to przede wszystkim z autorytarnego podejścia McCarthy’ego do sędziowania walk, co, nawiasem mówiąc, również i mnie się nie podoba. McCarthy jest w oktagone władczy i zachowuje się jak dowódca. Mówi podniesionym tonem, wydaje się nie znosić sprzeciwu. Samcowi alfa, jakim jest Jones, może to nie odpowiadać. Nie będzie mu to odpowiadać. Wyjdzie jak do walki dwóch na jednego, mając naprzeciwko siebie Cormiera i McCarthy’ego. To nie może być dla niego korzystne psychicznie.

2. John McCarthy nie lubi bierności

Big John lubi, gdy w oktagonie wiele się dzieje. Często przerywa klincz, jeśli jego zdaniem nie dzieje się tam wystarczająco wiele. Oznacza to, że Jones może zapomnieć o uwieszaniu się na Cormierze i po prostu kontrolowaniu go pod siatką. Będzie to znacznie trudniejsze, bo McCarthy takie akcje będzie najprawdopodobniej przerywał.

3. John McCarthy jest przeczulony na punkcie otwartych dłoni

Wiadomo, o co chodzi. McCarthy strofuje zawodników nie tylko wtedy, gdy włożą rywalowi palce w oczy, ale nawet gdy tylko trzymają otwartą dłoń. A w ten sposób bardzo, bardzo często walczy Jon Jones. Albo to zmieni (nowość dla Jonesa, a nowość oznacza niewiadome), albo będzie strofowany przez McCarthy’ego, co z pewnością będzie go frustrowało – a uczucie frustracji w oktagonie nic dobrego nie zwiastuje.

Jones zdążył już mocno skrytykować wybór McCarthy’ego na sędziego, przekonując, że wolałby każdego innego i dziwi się, że ten po prostu nie zrezygnuje, skoro nie jest mile widziany w oktagonie. Nie zgadzam się z tezą, jakoby Jon w ten sposób wywarł presję na McCarthym, który miałby się wzbraniać przed każdą nieprzychylną dla Bonesa decyzją, by potem ten ostatni nie mógł powiedzieć „a nie mówiłem„.

Po pierwsze bowiem, McCarthy nie z tych, którzy dadzą sobie w kaszę dmuchać. Jeśli mógł być na wojnie z Daną Whitem, to może i z Jonem Jonesem. Po drugie natomiast – Jones nie zarzucił mu nic konkretnego, same ogólniki o „złej energii”. Jeśli McCarthy strofował będzie go za rozłożone dłonie czy bierność, w żaden sposób nie można zakwalifikować tego jako złej energii.

Czynniki przemawiające na korzyść Jona Jonesa

Nie brakuje…

Wiek & kontuzje & przerwa Daniela Cormiera

Cormier ma już na karku 37 lat. To sporo. Kto wie, kiedy zacznie się jego regres?

Co jednak ważniejsze to stan jego zdrowia. Ten owiany jest mgłą tajemnicy. Wiadomo, że ma zniszczone oba kolana, a kiedyś przyznał nawet, że zoperuje je dopiero po zakończeniu kariery. Bóg jeden raczy wiedzieć, co zostało z jego więzadeł? Kpił z nich swego czasu nawet Jon Jones.

Również na jego walki z Johnsonem i Gustafssonem można spojrzeć przez pryzmat jego zdrowia, które na tych wojnach niewątpliwie ucierpiało.

Ba, Cormier wraca teraz po kontuzji. Niby była to kontuzja piszczeli, ale nie wiemy tak naprawdę, czy do końca ją zaleczył. Nie wspominając o tym, że jego ochota do wyprowadzania lowkingów (kluczowy aspekt) może przez ten uraz mocno spaść.

Wreszcie ostatni raz walczył 9 miesięcy temu. Oktagonowej rdzy wykluczyć nie sposób.

Styl Jonesa

Nie oszukujmy się – to, że wyżej przyglądałem się mocnym stronom Cormiera i słabym Jonesa, nie oznacza, że ten ostatni nie posiada mocnych. Posiada – i to jakie!

Jeśli Daniel nie zmusi go do walki z klasycznej pozycji, czeka go piekielnie trudne zadanie. Dodatkowo, Jon przecież również nie próżnował, a jako 28-letni zawodnik nadal może się rozwijać, wzbogacać swój arsenał. Udowodnił, że w klinczu radzi sobie z Cormierem bardzo dobrze, że zapaśniczo nie odstaje, a wręcz przewyższa rywala (jeśli przymkniemy oko na kondycję Daniela). Jego dźwignie na rękę (a la Frank Mir) to niezwykle skuteczna broń, utrudniająca walkę w klinczu – przy podchwytach trzeba bowiem cały czas uważać, aby nie dać sobie urwać ramienia (vide gif poniżej).

Posiada ogromny wachlarz broni w każdym dystansie i dowódcę w osobie stratega Grega Jacksona.

Jones dodatkowo nieźle pracuje na nogach, ma tytanową szczękę, charakter mistrza. No i przede wszystkim – pokonał już Daniela Cormiera.

Podsumowanie

Nie będę ukrywał, że mam nie lada problem z wytypowaniem zwycięzcy tego pojedynku. Jak najbardziej widzę drogi do zwycięstwa obu zawodników.

Jeśli nawet Cormier nie zmusi Jonesa do walki z klasycznej pozycji, to jego poprawione cardio może okazać się kluczem w walce w klinczu i zapaśniczej. W pierwszych trzech rundach Jones nie dominował w tej płaszczyźnie. Bywał odwracany przy siatce. Cormier z większym bakiem paliwa będzie w stanie czynić to częściej. Oczywistym jest, że nie będzie zainteresowany w utrzymywaniu dystansu kickbokserskiego, bo z niego nie ma na Jonesa nic – poza lowkingami, do których musi jednak nieco się zbliżyć. Ale jest szybki – szybszy niż Jones – i solidnie boksuje. Jeśli nie zawiedzie go po raz kolejny kondycja, jeśli nie da sobie ostrzeliwać korpusu z dystansu właśnie, wtedy zwycięstwo będzie w jego zasięgu.

Jak Bones może to wygrać? Podobnie jak pierwszą walkę – kąsając Cormiera w kopnięciami i prostymi w dystansie, łokciami w półdystansie i zwarciu, dodatkowo próbując wykręcać mu ręce, zmuszać do dźwigania swojego ciężaru ciała, wpychać w siatkę. Może kopnięciami na kolana destabilizować poczynania reprezentanta AKA i, kto wie, może nawet w końcu pozrywa te naderwane więzadła?

Nie tylko pierwszy pojedynek, ale też statystyki przemawiają na korzyść Jonesa – zawodnicy, którzy są starsi aż o 9 lat od swojego rywala, wygrywają znacznie rzadziej. Zawodnicy, którzy ustępują rywalom pod względem zasięgu tak, jak Cormier ustępuje Jonesowi (po 15 centymetrów na ramię!) również rzadko wychodzą z oktagon z tarczą.

Ostatecznie nie powiem, żeby nie kusiło mnie dodanie dramatu do tej analizy i postawienie na Cormiera, bo od czasu jego walki z Gustafssonem zaczęła w mojej głowie kiełkować myśl, że jednak wcale w rewanżu bez szans nie będzie. Jestem dosłownie o włos od napisania „niech się dzieje wola nieba” i wytypowania Cormiera (tak naprawdę już to napisałem wcześniej i właśnie edytuję), ale… A niech to! Zmieniam zdanie z opartego na ogólnikach „Cormier może to wygrać” na faktyczne „Cormier to wygra”!

Wiedzcie jednak, że nawet mi brew nie drgnie, jeśli Jones rozprawi się z Cormierem znacznie wyraźniej niż w pierwszej walce.

Zwycięzca: Daniel Cormier przez decyzję

Bukmachersko

Nie muszę chyba przekonywać Was, który kurs uważam za atrakcyjniejszy? 3.40 na Cormiera wygląda w mojej opinii bez porównania ciekawiej niż 1.29 na Jonesa.

*****

Pozostałe analizy przed 3-dniowym maratonem z UFC:

Techniczno-bukmacherska analiza walki Joanna Jędrzejczyk vs. Claudia Gadelha II
Underdog gali – analiza walki Mark Hunt vs. Brock Lesnar

Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.