UFC

Uriah Hall o dramatycznej walce z Krzysztofem Jotką: „Gość walczy tak dziwacznie jak jasny **uj!”

Uriah Hall wspomina szaloną walkę z Krzysztofem Jotką, którą wygrał pomimo ogromnych tarapatów, w jakich się wcześniej znalazł.

W pojedynku z Gegardem Mousasim został zdominowany w pierwszej rundzie, by w drugiej sensacyjnie zadać Ormianinowi pierwszą w karierze porażkę przez nokaut. Zdecydowanie nie był to jednak powrót z najdalszej podróży w dotychczasowej karierze Uriaha Halla.

Takowego doświadczył bowiem w swojej ostatniej potyczce, mierząc się podczas wrześniowej gali UFC Fight Night 116 w Pittsburghu z Krzysztofem Jotką.

W pierwszej rundzie tamtego starcia Jamajczyk znalazł się bowiem w nieporównanie większych tarapatach niż podczas pojedynku z Mousasim. Jotko przeokrutnie go porozbijał, będąc kilka razy bliskim – jak się wydawało – skończenia walki.

A jednak Hall przetrwał nawałnicę Polaka w pierwszej rundzie. W drugiej natomiast niespodziewanie znokautował Jotkę, notując nieprawdopodobny powrót.

Jak patrzy na tamtą walkę z kilkumiesięcznej już perspektywy?

To było bardzo osobiste. Gdy tam byłem, to – mówiąc naprawdę szczerze – byłem gotowy, żeby się poddać. Byłem skończony. „Dość tego gówna. Co ja w ogóle wyprawiam” – takie myśli chodziły mi po głowie przez całą walkę.

– przyznał w MMAJunkie Radio Jamajczyk.

„Dlaczego robię to gówno? To gówno jest głupie. Powinienem znaleźć lepszą, kurwa, robotę, powinienem być aktorem, udając, że dostaję ciosy, a i tak zarabiając. Co ja tu, kurwa, robię?”. Zaszedł mi za plecy i w głowie miałem już postanowione: „Koniec z tym gównem”. Potem w jakiś sposób poczułem, że się wydostałem. Po prostu moje ciało przejęło stery. Nazywam to „myślącym ciałem i tańczącym umysłem”. Moje ciało po prostu jechało na autopilocie, a ja reagowałem tylko w stylu: „Ok, może być, ok, bez różnicy”.

Rozpoczęła się druga runda, a mnie tam nadal nie było. Pamiętam, że Erik (Nicksick – trener) wykonał świetną robotą, uspokajając mnie (w przerwie). Zawodnicy są bowiem najlepsi, gdy mogą myśleć. Może nie myśleć, ale reagować, bo większość walki i tak opiera się na reakcjach. Clayton (Hires – trener) powiedział mi, żebym spokojnie oddychał, a Erik: „Ok, teraz spróbuj tego, tego i tego”. Bardzo spokojne podejście. Pamiętam tylko, że słuchałem go i odpowiadałem: „Ok, ok, ok”. I pomimo, że wszystko to przyjąłem, to gdy tam wyszedłem, nadal byłem nieobecny.

I okrutnie się sfrustrowałem, próbując go rozgryźć, bo to tak dziwaczny gość… „Gość walczy tak dziwnie jak jasny chuj, nie mogę zrobić absolutnie nic!”. I powtarzałem to sobie: „Nie mogę nic zrobić! Nie mogę nic zrobić!”. A potem przez ułamek chwili – i niektórzy wiedzą, o czym mówię – powiedziałem sobie: „Jebać to!”. Dosłownie to powiedziałem: „Jebać to gówno! Jebać ciebie, jebać to, jebać wszystkich!” – i po prostu go znokautowałem. Po prostu się wyłączyłem. Wyciągnąłem energię z tej jednej chwili. Miałem taki moment w walkach z Adamem Cellą, Dylanem Adrewsem, Gegardem Mousasim. Po prostu wkomponowałem się w ten moment, którego nawet nie mogłem kontrolować. A kiedy to zrobiłem, pojawił się przebłysk: „Chyba wiem, co trzeba zrobić”. I właśnie chodzi o ten pierdolony moment, gdy po prostu masz wyjebane.

33-letni zawodnik, który zwycięstwem z Polakiem przerwał serię trzech kolejnych porażek, najprawdopodobniej ratując się też przed zwolnieniem z UFC, do akcji powróci 14 stycznia, podczas gali UFC Fight Nigth 124 w St. Louis krzyżując pięści z Vitorem Belfortem, do którego wielkiego szacunku zresztą nie ukrywa.

*****

Kelvin Gastelum chce Roberta Whittakera, niezachwycony określeniem „zabójca starców”

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Back to top button