Epickie wojny i powrót Muay Thai – trzy wnioski po UFC 236


Gdyby oceniać gale UFC po dwóch walkach je uświetniających, to ta sobotnia w Atlancie byłaby jedną z najlepszych w historii amerykańskiego giganta.

Racząc fanów dwoma epickimi walkami mistrzowskimi, Dustin Poirier i Max Holloway oraz Israel Adesanya i Kelvin Gastelum zapewnili gali UFC 236 w Atlancie status niezapomnianej.

UFC 236: Holloway vs. Poirier 2 – wyniki i relacja




Krwią, potem i łzami

Nie będę ukrywał, że rezultat walki wieczoru o tymczasowe złoto wagi lekkiej pomiędzy Dustinem Poirierem i mierzącym w drugie złoto Maxem Holloway nieszczególnie mnie zdziwił – kursy bukmacherskie tak wyraźnie faworyzujące mistrza wagi piórkowej uważałem bowiem za kompletnie nieodzwierciedlające realiów, do czego zresztą starałem się przekonać Czytelników przed galą, w analizie walki typując właśnie zwycięstwo skreślanego mniej lub bardziej gremialnie Luizjańczyka.

O ile absolutnie nie sposób odmówić serca, charakteru, odporności i przede wszystkim umiejętności Błogosławionemu, to jednak zestaw oktagonowych narzędzi, jakimi dysponował Diament, okazał się dla niego nie do przeskoczenia. Jeszcze w żadnej walce w swojej karierze Hawajczyk nie zainkasował tylu czystych uderzeń, po których ledwie utrzymywał się na nogach. Pomimo tego, że i Holloway w pewnym momencie okrutnie wstrząsnął rywalem – vide przykład poniżej – to nie ulegało wątpliwości, kto w tym starciu dysponował większą mocą w działach.

Jeśli uzupełnimy to o precyzję i doskonały zasięg Dustina Poiriera, a także jego świetną defensywę, standardowo wysoką aktywność, żelazną kondycję oraz serce do walki, którym mógłby obdzielić pięciu Conorów McGregorów, to jego wiktoria nie może stanowić większego zaskoczenia.

Diament zapracował na ten sukces latami wyrzeczeń. Krwią, potem i łzami. Upadał blisko mety, ale podnosił się. Trochę podobnie jak kiedyś Michael Bisping. Luizjańczyk sięgnął po złoto w 22. występie w oktagonie UFC – i właśnie tylko wspomniany Brytyjczyk potrzebował na to więcej czasu – bo 26 walk pod sztandarem amerykańskiego giganta.

Poirier to zresztą złoty człowiek. Nigdy nie bawił się opowiadanie dyrdymałów przed i po walkach, działa charytatywnie w Luizjanie, za absolutny priorytet uważa swoją rodzinę – żonę, z którą jest od szkoły średniej oraz córkę – walczy niezwykle efektownie, nieustannie szukając skończenia, a poza tym nie przebiera się na Halloween i nie jest fanem Gry o Tron.

Nawet najzagorzalsi fani Maxa Hollowaya musieli przyznać po tej walce, że, no, Diament zapracował na ten sukces. Należało mu się. Jak być może nikomu innemu.




Czy taki a nie inny przebieg i rezultat oznaczają, że Błogosławiony nie ma czego szukać w kategorii lekkiej?

Otóż, jeśli jego celem jest pas mistrzowski – a wydaje się, że niżej nie mierzy – owszem, zdobycie tronu kategorii lekkiej może okazać się dla Hawajczyka zadaniem przekraczającym jego możliwości. Nie widziałbym go w roli faworyta ani w starciu z Khabibem Nurmagomedovem, ani też w potyczkach z Tonym Fergusonem, Justinem Gaethje czy nawet Alem Iaquintą. W Top 10, a może nawet Top 5 mógłby się utrzymać – ale nic ponad to.

Logika sportowa i elementarna przyzwoitość nakazują teraz, aby Dustin Poirier poszedł w bój z Dagestańskim Orłem – i szczerze liczę na to, że wpis, w którym Dagestańczyk zapowiedział tę walkę, nie stanowi tylko elementu negocjacji z UFC. Nie jest bowiem żadnym sekretem, że z biznesowego punktu widzenia odpowiednim rywalem dla Khabiba Nurmagomedova jest niepamiętający smaku zwycięstwa w oktagonie od grubo ponad dwóch lat Conor McGregor.

Mając natomiast na uwadze, że głównodowodzący UFC Dana White w licznych wywiadach po gali harował jak zły, aby przypadkiem nie przemycić pod adresem Diamentu najmniejszego choćby komplementu – albo zamiast tego opowiadając o sercu do walki Błogosławionego, albo wynosząc pod niebiosa współpracę z ESPN – Bóg jeden raczy wiedzieć, czy jednak po raz kolejny żyjący przeszłością rudowłosy Irlandczyk nie dostanie tego, czego chce – czyli srogiej wypłaty za kolejne lanie od Dagestańczyka.

Israel Adesanya potwierdza klasę

Starcie Israela Adesanyi z Kelvinem Gastelumem oglądało się rewelacyjnie. W jakimś stopniu także z uwagi na kontrast między oboma zawodnikami – i nie chodzi tylko o to, że Nigeryjczyk jest czarny, wysoki i szczupły, a Amerykanin biały, niski i krągły – choć to również dodawało kolorytu. Rzecz bowiem w tym, że obaj prezentowali też zupełnie inne podejście do rozwiązywania oktagonowych nieporozumień za pomocą pięści i kopnięć – Adesanya to bowiem wyrachowany, zjawiskowy technicznie uderzacz, który uwielbia trzymać rywali na końcach pięści i kopnięć, podczas gdy Gastelum to rozbójnik, który z impetem przedziera się do półdystansu, rozpuszczając ciężkie kowadła z intencjami zaoszczędzenia pracy sędziom punktowym.

Prawdziwa uczta dla oczu!

Nie będę ukrywał, że jako człek niebędący fanem medialnego wizerunku Nigeryjczyka – próbuje, moim zdaniem kompletnie nieudolnie, tworzyć wokół siebie otoczkę nierozumianego przez motłoch mistyka-wirtuoza-szaleńca, który peany pochwalne pod własnym adresem przeplata z bekaniem – wykrzywiłem gębę w charakterystycznym dla Luke’a Rockhoda drwiąco-szyderczym uśmiechu, gdy Kelvin Gastelum srogimi bombami zmuszał go do panicznej ucieczki, udowadniając mu, że jego buńczuczne zapowiedzi przed walką były funta kłaków warte.

Jednocześnie jednak musiałbym kompletnie zakłamać rzeczywistość, aby odebrać Nigeryjczykowi co jego – pokazał bowiem nie tylko tradycyjnie pełną wirtuozerii technikę, ale też nieprawdopodobne serce do walki. Nie wiem, jak prezentowały się kursy bukmacherskie przed piątą rundą, ale byłbym w głębokim szoku, gdyby wyraźnie nie faworyzowały wówczas Kelvina Gasteluma, który mocno porozbijał w czwartej 5-minutówce Nigeryjczyka, będąc nawet bliskim rozstrzygnięcia walki przed czasem. Poniższa akcja będzie zresztą śnić się Amerykaninowi po nocach…

A jednak! Israel Adesanya udowodnił, że poza świetnymi umiejętnościami posiada też wielkie serce do walki i nieprawdopodobna determinację. W piątej rundzie wzniósł się na wyżyny swoich możliwości, okrutnie rozbijając niebywale twardego Amerykanina i nawet będąc o włos od rozstrzygnięcia walki przed czasem.

Pomimo jednak tego, że po trzeciej walce Nigeryjczyka w UFC – zwycięstwie z Bradem Tavaresem – uwierzyłem, że jest to zawodnik na miarę ścisłej czołówki kategorii średniej, a i faworyzowałem go w sobotę, to jednak zainkasowanie niezliczonej ilości jabów od niskiego zapaśnika musi budzić niepokój jego fanów przed konfrontacją z Robertem Whittakerem – zawodnikiem nie tylko sprawniejszym technicznie od Kelvina Gasteluma, nie tylko większym i prawdopodobnie uderzającym nawet mocniej, ale też słynącym właśnie z kapitalnego wykorzystania lewego prostego.

Khalil Rountree 2.0

Khalil Rountree – kolejny zawodnik, którego kompletnie nie docenili bukmacherzy i gracze – zaprezentował świetną formę w starciu z faworyzowanym Erykiem Andersem, mocno rozbijając rywala.

Nie ukrywam jednak, że w zalewie zachwytów nad Rountreem zadumałem się nad tym, jak to styl oparty w ogromnej mierze na Muay Thai – nawet z charakterystycznym dlań ustawieniem i poruszaniem się! – wynoszony jest pod niebiosa, podczas gdy już dawno przekonaliśmy się, że nie ma on racji bytu na najwyższym poziomie MMA.

Tym niemniej, zwycięzca wyglądał doskonale – w przeciwieństwie do Joego Rogana, który jak mantrę powtarzał, że walkę tę trzeba zakończyć, w przypływie pomroczności jasnej nie dostrzegając najwyraźniej, że Eryk Anders cały czas pozostawał w grze, a o knockdownach w dużej mierze decydowała jego porozbijana wykroczna noga.




Jednym zdaniem

  • Zelim Imadaev – twardy, charakterny, a zarazem technicznie toporny i mentalnie niedomagający – innymi słowy: przereklamowany
  • Ovince St. Preux miał swoje momenty, a gdy znalazł się w dosiadzie, wydawało się, że jest po wszystkim – potwierdził jednak, że jest zawodnikiem chimerycznym i nieobliczalnym
  • Alexandre Pantoja – najpoważniejszy rywala Henry’ego Cejudo w wadze muszej?
  • Montel Jackson udowadnia status jednego z najbardziej perspektywicznych kogucich, który poza mocną stójka ma też solidny parter
  • Curtis Millender – pora na transfer do AKA?

*****

Lowing.pl trzy miesiące z Patronite.pl


Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.

3 Comments

  1. Miedziak

    15 kwietnia 2019 at 20:32

    Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Adesnaya idealnie wstrzelił się w okres osłabienia kategorii średniej. Pomijając Bispingowe blokowanie pasa, jeszcze 2-3 lata temu taka wygrana z Gastelumem nie zapewniłaby mu nawet statusu pretendenta. Tymczasem aktualnie:
    1. Walka o pas tymczasowy z uwagi na kolejną kontuzję Whittakera
    2. Jacare dobija 40stki i jest już w formie regresowej
    3. Romero już przekroczył 40stkę i jest po dwóch wojnach z panującym mistrzem. Jego ostatnie problemy z przystąpieniem do walki też sugerują, że nie jest pewny czy po raz kolejny będzie w stanie zawalczyć o pas
    4. Rockhold poszedł wagę wyżej
    5. Weidman jest po kolejnym skończeniu z zawodnikiem ze ścisłej czołówki i okrutnie porozbijany ostatnimi walkami. Swoją drogą najsłabszy zawodnik z którym walczył Weidman od 2013 roku to właśnie Gastelum. Chyba żaden zawodnik w UFC nie ma za sobą tyle walk z rzędu ze ścisłą czołówką.
    6. Mousasi bawi się w Bellatora.
    7. Belfort na emeryturze po fizycznym regresie.

    Bardzo jestem ciekaw jak np. Adesnaya poradziłby sobie z jabem Mousasiego.

    • cesellolaroma

      15 kwietnia 2019 at 22:03

      Zgadzam się. Niczego nie ujmuję Adensanyi, bo widać, że ma talent, ale parę lat temu to nie sądzę, żeby tak szybko przebił się do czołówki i zachował nieskazitelny rekord. Z tych wymienionych zawodników, każdy to ciężka przeprawa. A niektórzy z nich w formie to duże prawdopodobieństwo lania dla Adensanyi.

  2. Silas

    16 kwietnia 2019 at 01:47

    Nie będę ściemniał – Adesanya to to też nie jest mój poza-oktagonowy ideał, do tego rozczarowała mnie jego walka z Andersonem, ale w tym pojedynku postawił za swoim hypem solidne argumenty.

    Można pisać, że naruszył go półśredni, ale nie zapominajmy, że Gastelum potrafił ranić każdego średniego, z jakim się mierzył. Sadzał na dupie Belforta, Kennedy’ego, Weidmana, Bispinga, Jacare. Nie można w takiej sytuacji mówić o jakimś przypadku. Amerykanin ma solidne pierdolnięcie i zdanie takiego testu potwierdza, że ma facet duży potencjał.

    To, czy będzie z niego materiał na mistrza to już inna historia, ale sufit ma niewątpliwie zawieszony bardzo wysoko.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *