UFC

UFC 245 – zmarnowana szansa Usmana, wykorzystana Yana, dramat Piechoty

Nie zawiodła świetnie zapowiadająca się ostatnia tegoroczna numerowana gala UFC, serwując fanom wiele momentów, które zapadną w pamięci na długo.

Kamaru Usman i Colby Covington niemal kompletnie schowali do szuflady swoje zapasy, ociekającą złą krwią walkę wieczoru gali UFC 245 w Las Vegas rozwiązując w płaszczyźnie stójkowej.

Pojedynek był zażarty i emocjonujący, a obaj pokazali w nim nie lada charakter, ale… Nie ukrywam, że nie miałbym absolutnie nic przeciwko, gdyby obaj w niewielkim choćby stopniu odwołali się do swojej najmocniejszej strony, czyli właśnie zapasów – szczególnie, że był tu naprawdę potencjał na fajerwerki z uwagi na odmienne style obu.

Gdy walczy Edson Barboza, nieszczególnie interesuje mnie jego parter – chcę rąbania lowkingami i obrotówkami. Gdy do oktagonu wchodzi Demian Maia, trudno zachwycać się jego stójką – człowiek czeka na parterową poezję. Tutaj liczyłem na wrestling. Choćby odrobinę.

Zobacz także: Colby Covington zrugał sędziego Marca Goddarda po walce z Kamaru Usmanem

Nigeryjski Koszmar był na nogach – szczególnie w obszarze defensywy – stiff as a board, cytując klasyka. Chaos z kolei potrafił przyjąć kilka bliźniaczo podobnych uderzeń na korpus z rzędu, przez 24 minuty nie znajdując też odpowiedzi na frontale na schaby, jakimi regularnie smagał go mistrz.

Oczywiście akcja toczyła się wartko, pięści fruwały na lewo i prawo, więc o żadnej nudzie nie mogło być mowy. Jednocześnie jednak o żadnych fajerwerkach kickbokserskich również. To jednak nadal przede wszystkim zapaśnicy.

Usman nieźle wykorzystywał swoją przewagę zasięgu oraz nieumiejętność Covingtona z radzeniem sobie z atakami na korpus, pełnymi garściami czerpiąc też z faktu, że Bóg kowadłami w pięściach Chaosa nie obdarzył.

Przegranemu oddać należy, że pokazał nieprawdopodobny charakter i serce do walki, prawie dwie rundy wojując – chwilami bardzo udanie! – z połamaną szczęką, na którą przyjął później jeszcze kilkadziesiąt uderzeń. Bóg jeden raczy zresztą wiedzieć, czy narracja medialna, jaką ukuł na potrzeby walki Covington, nakładając na siebie nieprawdopodobną presję, w jakimś stopniu, mniejszym lub większym, nie podniosła jego progu wytrzymałości na ból?

Z kolei Nigeryjski Koszmar okazał się prorokiem, bo w jednym z wywiadów przed walką zapowiadał, że zamierza przez prawie pięć rund terroryzować rywala w stójce, kończąc go w końcówce. Jak zapowiadał, tak uczynił.

Dana White najchętniej skonfrontowałby teraz mistrza z Jorge Masvidalem, ale… Nie oszukujmy się – wojujący od 35 lat Gamebrad szuka teraz, po spektakularnym dla siebie roku, największej dostępnej walki, a potencjalne potyczki z Conorem McGregorem czy Nickiem Diazem byłyby znacznie większe.

Pod względem medialnym – kasowym – Kamaru Usman nadal bowiem może stawać w szranki co najwyżej z kubkiem Joego Rogana. Colby Covington nie okazał się dla niego tym, kim dla Andersona Silvy był Chael Sonnen, windując Brazylijczyka na nowym poziom rozpoznawalności.

Nie stwierdzono zaskoczenia w co-main evencie gali. Świetnie dysponowany i niezwykle inteligentny w oktagonowych poczynaniach Alexander Volkanovski pewnie wypunktował Maxa Hollowaya, odbierając Hawajczykowi tron wagi piórkowej.

Australijczyk okrutnie okopywał wykroczną nogę Błogosławionego, mocno ograniczając jego zdolności ofensywne. Także w półdystansie prezentował się znacznie lepiej, szczególnie w trzech pierwszych rundach regularnie smagając byłego już mistrza szybkimi sierpami.

Pomimo ledwie 28 lat na karku, Max Holloway to zawodnik z dużym i ciężkim już bagażem doświadczenia. Na najwyższym poziomie rywalizuje od prawie ośmiu lat, regularnie udowadniając, jak bardzo odporną szczękę posiada. Wojna w 155 funtach z Dustinem Poirierem wiele go kosztowała. W starciu z Frankiem Edgarem nie wyglądał dobrze. Z Alexandrem Volkanovskim również. Kto wie, czy najlepszych lat nie ma już za sobą?

Debiutujący w 135 funtach Jose Aldo przypominał odrobinę siebie z czasów, gdy przed laty mordował nieszczęśników w WEC – nie kalkulował, będąc agresorem, podejmując ryzyko i chętnie wdając się w ostre wymiany. Przespał jednak końcówkę pojedynku, co najprawdopodobniej przypłacił porażką. Co z tego, że wywierał presję, jeśli to walczący ze wstecznego Marlon Moraes był aktywniejszy, trafiając częściej?

Przyznam, że zaintrygował mnie pomysł dziennikarza Bretta Okamoto, który podsumowując galę, stwierdził, że nie miałby nic przeciwko, gdyby Jose Aldo rzucił wyzwanie… Justinowi Gaethje! W pierwszej chwili – chyba ktoś tu postradał zmysły, ale w drugiej… O ile przejście ze 135 funtów do 155 wydaje się pomysłem karkołomnym, to potencjalne zwycięstwo z Amerykaninem – tak, wiem, sprawa byłaby szalenie skomplikowana – byłoby srogim wbiciem szpilki migającemu się od Highlighta Conorowi McGregorowi, być może torując nawet Brazylijczykowi drogę do rewanżu z Irlandczykiem.

Nie ma chyba obecnie w UFC większego oktagonowego gangstera niż Petr Yan. Owszem, szalony Tony Ferguson, rzeźnik Justin Gaethje, turbujący rywali bez emocji Khabib Nurmagomedodov czy ulicznik Jorge Masvidal jak najbardziej mogą rościć sobie pretensje do tego tytułu, ale… Rosjanin ma w sobie coś unikalnego. Nieprawdopodobny boks, metodyczna i diablo inteligentna presja kastrująca rywali z miejsca i czasu na złapanie oddechu, pełen luz w poczynaniach, charakterystyczne stocktońskie – syberyjskie? – „what” z rozłożonymi rękami po dobrych ciosach, morderczy klincz, kapitalne zapasy, precyzyjne GNP i zawadiacki charakter. All business.

https://twitter.com/streetfitebanch/status/1206309844732588032?s=20

A nokaut? Miało być kolano, ale zdawszy sobie w locie sprawę, że Urijah Faber jest zbyt daleko, No Mercy wyprowadził kończące zawody kopnięcie. Majstersztyk.

https://twitter.com/streetfitebanch/status/1206057754038849542?s=20

Poza nadal wyłączonym z gry z powodu problemów zdrowotnych Aljamainem Sterlingiem Petr Yan jest obecnie najmocniejszym sportowo kandydatem do walki o złoto wagi koguciej. Nieszczególnie garnie się do niej oczywiście Henry Cejudo – Rosjanin to duże ryzyko, niewielka nagroda – ale w kierunku Sybiraka łypie powracający po trzech nokautach Cody Garbrandt. Teraz co prawda No Love czeka konfrontacja z Raphaelem Assuncao, ale gdyby zdołał wyjść z niej obronną ręką, pośród licznych zaltet pojedynek z Petrem Yanem miałaby też tę, że raz na zawsze obnażyłaby „boks” Amerykanina.

Z drugiej zaś strony, trzeba nie mieć sumienia aby Garbrandtowi – jak mówią złośliwi: „barowemu na tym już etapie kariery zabijace z CTE” – życzyć zamknięcia w klatce z ostrym skurwielem ze Wschodu – jak mówią fakty: zawodnikiem, który przez osiem lat trenował wyłącznie boks, w formule tej tocząc kilkadziesiąt pojedynków i nawet ocierając się o rosyjską kadrę olimpijską.

Oskar Piechota? Szkoda człowieka. Nie wiem, czy „coś się zepsuło” od czasu przegranego starcia z Geraldem Meerschaertem, w którym w pewnej chwili Imadło miał wszystko, aby skończyć Amerykanina, ale jego poprzednia potyczka – z Rodolfo Vieirą – nie czyniła go w moich oczach faworytem w starciu z Punahele Soriano. Ileż tam było cepów i szaleństwa zamiast wyrachowanej gry stójkowej…

W starciu z Hawajczykiem Polak wdawał się w niepotrzebne srogie wymiany w półdystansie, ustępując rywalowi zarówno pod względem szybkości, jak i mocy w uderzeniach. Defensywa – nisko opuszczone ręce, notoryczne poszukiwanie ryzykownych podbródków w półdystansie, cofanie się na siatkę – wołała o pomstę nieba. W płaszczyźnie stójkowej Piechota zawsze wyróżniał się raczej grą kontrującą, dobrze zaprzęgając do działania lewego sierpowego – idealnego pod mańkuta – a tutaj tego zabrakło.

Co ciekawe, całą walkę na swoim Twitterze opublikował Dana White:

Czy to koniec przygody Oskara z UFC? Szczerze zdziwiłbym się, gdyby było inaczej po trzech z rzędu porażkach przez skończenie. Na polskim czy europejskim podwórku gdynianin może pewnie jeszcze powalczyć.

Nie lada klasę i mistrzowskie aspiracje potwierdził Geoffrey Neal, zadając charakternemu Mike’owi Perry’emu pierwszą w karierze porażkę przez nokaut.

Ogromne doświadczenie i opanowanie pokazał powracający do akcji po ponad 2-letniej przerwie weteran Matt Brown, który ubił Bena Saundersa w parterze.

Srogim nokautem popisała się Irene Aldana, brutalnie kończąc wieczór Ketlen Vieiry. Było to pierwsze skończenie w walkach kobiet w UFC od grudnia 2013 roku, więc tym bardziej warto podkreślić ten wyczyn.

Obstawiaj wszystkie walki UFC na PZBUK z bonusem 500 PLN na start

*****

Kursy bukmacherskie na walkę McGregor vs. Cerrone ujawnione

Powiązane artykuły

Komentarze: 7

  1. Dana White najchętniej skonfrontowałby teraz mistrza z Jorge Masvidalem, ale… Nie oszukujmy się – wojujący od 35 lat Gamebrad szuka teraz, po spektakularnym dla siebie roku, największej dostępnej walki, a potencjalne potyczki z Conorem McGregorem czy Nickiem Diazem byłyby znacznie większe.

    Da się pogodzić jedno z drugim – jeśli Masvidal wygra z Usmanem i zasiądzie na tronie McGregor swoim zwycięstwem w 170 funtach z Kowbojem zapewni sobie walkę o pas w 3 kategorii wagowej :) „Wszyscy” szczęśliwi :)

Dodaj komentarz

Back to top button