Nudy w Sao Paulo, czyli… Błachowicz jak Gaethje!


Niejednogłośne zwycięstwo Jana Błachowicza z Ronaldo Jacare Souzą nie okazało się milowym krokiem Polaka w drodze po pas, ale… Sytuacja jest bardziej złożona.

Jan Błachowicz i Ronaldo Jacare Souza zdecydowanie nie porwali w walce wieczoru gali UFC on ESPN+ 22 w Sao Paulo. Zafundowali fanom wyjątkowo senne i leniwe widowisko, pełne stójkowej przyczajki i klinczerskich przytulasów, pomimo iż oczywiście dali z siebie wszystko i nie takiego przebiegu walki obaj chcieli.

Zobacz także: były mistrz FEN z nokautem dekady na weteranie UFC

Na trybunach i w mediach nie zostawiono jednak na daniu głównym brazylijskiej gali suchej nitki, odsądzając obu zawodników od czci i wiary. Nie brakowało głosów sugerujących, że to najgorsza walka wieczoru w tym roku, mniej emocjonująca nawet od wyczerpującego mentalnie dla każdego fana MMA pojedynku Valentiny Shevchenko z Liz Carmouche.

Rzecz jednak w tym, że Cieszyński Książę… Nic już nie musi. Może – nie musi. Żaden nadwiślański fan MMA o elementarnym choćby poziomie przyzwoitości – a któremu z nas takiegoż brakuje? – nie odmówi bowiem cieszynianinowi charakteru i determinacji w pogoni za sportowymi marzeniami. Mógł aż do emerytury grzać się w blasku doskonale naoliwionej machiny medialnej KSW, wojując z rywalami drugiego sortu – najprawdopodobniej ich pokonując – i zarabiając tym samym solidne i pewne pieniądze. A jednak podjął ryzyko. Opuścił ciepłe i bezpieczne gniazdo, ruszając w nieznane – bez żadnej gwarancji, że podjęte ryzyko się opłaci.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że motyw opuszczenia KSW przez Błachowicza to temat ograny i przemielony na wszystkie możliwe sposoby. Nie wątpię, że znajdzie się korowód krytyków, którzy zawyrokują, iż tamtym chlubnym czynem cieszynianina nie można wiecznie usprawiedliwiać jego porażek, słabszych występów czy zwycięstw takie jak to – a więc odniesionych w brzydkim stylu.




Tyle że… Właśnie można! Janek nie tylko postąpił wówczas, jak na sportowca z krwi i kości przystało, pędząc za marzeniami o rywalizacji z najlepszymi, ale też osiągnął na tym polu piekielnie dużo, kilka miesięcy temu będąc bliskim pojedynku o złoto UFC. Fakty te po wsze czasy stanowić powinny przeciwwagę – większą bądź mniejszą, w zależności od uznania – dla jego potencjalnych – odpukać – niepowodzeń czy potknięć sportowych w przyszłości. On już nie musi. Może.

Justin Gaethje. Kto – poza może ekstrawaganckimi fanami z zacięciem hipsterskim – nie kocha stylu walki Justina Gaethje? A Amerykanin ma sporo wspólnego z Cieszyńskim Księciem w jednym co najmniej aspekcie. Otóż, podobnie jak polski półciężki, Highlight już nic nie musi. Dostarczył fanom tylu emocji, że gdyby nawet teraz do końca kariery bawił się w lay and pray, tylko troglodyta cierpiący na deficyty pamięci będzie mu to wypominał. Swoje zrobił. Niech mu się wiedzie.

Nie znaczy to oczywiście, że Janek Błachowicz powinien spocząć na laurach, ale nie sądzę, aby ktokolwiek musiał mu to uświadamiać. Nie chodzi o to, aby wcześniejsze dokonania hamowały jego motywację czy zaangażowanie, prowadząc do osiadania na laurach – rzecz jednak w tym, że z nadwiślańskiej perspektywy fanowskiej naprawdę swoje już zrobił, o czym warto pamiętać. Przeszłość nie musi determinować oceny, ale powinna wpływać na stopień potencjalnej krytyki.

Titleshota nie będzie

Co zaś tyczy się przyszłości polskiego półciężkiego… Po takim pojedynku nikt w UFC nie będzie podchodził do niego z jakimkolwiek sentymentem. Nie widzę najmniejszych szans na to, aby Cieszyński Książę w najbliższym starciu powalczył o pas mistrzowski – nawet gdyby przyjął taktykę Tyrona Woodleya sprzed lat.

Mierzyć trzeba oczywiście w sam szczyt, co powtarzam od dawna. Ma zatem rację reprezentant Berkut WCA Fight Team, medialnie dążąc do pojedynku o złoto. Jednocześnie jednak oczami wyobraźni widzę zdegustowaną minę Dany White’a, który słucha wyzwań rzucanych przez polskiego zawodnika Jonowi Jonesowi po sobotnim zwycięstwie. To się po prostu nie uda.

Nie stanowi to oczywiście żadnego zaskoczenia, bo gdyby nawet Cieszyński Książę efektownie rozprawił się w Sao Paulo z Jacare, nie byłby tak blisko pojedynku o złoto, jak miało to miejsce po ubiciu Luke’a Rockholda w lipcu. Tamta okazja była wyjątkowa i niepowtarzalna. Teraz trzeba zakasać rękawy i jeszcze powalczyć.

Wśród potencjalnych rywali dla Jana Błachowicza wymienia się Anthony’ego Smitha, Coreya Andersona, Alexandra Gustafssona czy zwycięzcę grudniowej walki Volkana Oezdemira z Aleksandarem Rakiciem.

Jeśli polski zawodnik miałby stoczyć kolejny bój już podczas lutowej gali w Pradze – szczerze mówiąc, wydaje mi się, że nie będzie się garnął do tak szybkiego powrotu – wówczas Rakic i Oezdemir odpadają z grona potencjalnych przeciwników. Obaj zmierzą się bowiem dopiero 21 grudnia.

Mam też bardzo poważne wątpliwości, czy starciem – rewanżowym! – z Janem Błachowiczem będzie zainteresowany Corey Anderson. Przypomnę, że uzbrojony w oślizgłego acz skutecznego egipskiego menadżera Amerykanin opędzał się rękami i nogami przed zestawieniem z Johnnym Walkerem, a teraz wykluczył też starcie z mocniejszym mimo wszystko od polskiego półciężkiego potencjalnym skalpem w osobie Anthony’ego Smitha.

Niewykluczone oczywiście, że White po raz kolejny powie „sprawdzam” i jednak do takiego eliminatora – Andersona ze Smithem – doprowadzi, ale mam nieodparte wrażenie, że potyczka Błachowicza z Lwim Sercem jest najbardziej realna. W tle oczywiście czai się wspomniany Mauler, który powoli sposobi się do powrotu – jego rewanż z Błachowiczem miałby uzasadnienie.




Wyzwanie naszemu zawodnikowi rzucił natomiast wspomniany Johnny Walker, ale nie oszukujmy się – po wykolejeniu, jakie zafundował mu w Nowym Jorku Corey Anderson, Brazylijczyka nie otacza już tak gigantyczny medialny zgiełk i pokonanie go w sferze sportowej i rankingowej nie dawałoby wiele w rajdzie po pas. Nie znaczy to jednak, że takie starcie nie wchodzi w rachubę – w ramach próby odbudowania reprezentanta Kraju Kawy i skarcenia Jana Błachowicza za Sao Paulo jest to możliwe.

Wszystko może się zresztą i tak mocno skomplikować, bo Bóg jeden raczy wiedzieć, jak potoczy się wysoce prawdopodobna i nieoficjalnie już anonsowana lutowa konfrontacja Jona Jonesa z Dominickiem Reyesem. Porażka Bonesa to w zasadzie gwarancja natychmiastowego rewanżu. Mając zaś na uwadze rosnącą niechęć kingpina 205 funtów do mierzenia się z nierozpoznawalnymi przeciwnikami, nie sposób wykluczyć, że po ewentualnej wiktorii z Dewastatorem ruszy on na podbój królewskiej dywizji lub poczeka na poganianego przez Danę White’a Israela Adesanyę lub sposobiącego się do powrotu do akcji Anthony’ego Johnsona.

Obstawiaj wszystkie walki UFC na PZBUK z bonusem 500 PLN na start

*****

„Znokautowałem dwóch gości w pierwszych dniach sparingów” – Anthony Johnson zadowolony ze swojej formy przed powrotem


Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.

6 Comments

  1. aliendeg

    20 listopada 2019 at 08:05

    no nie wiem. wszyscy maja w pamieci popis janka z manuwa w krakowie albo walke z corey andersonem. to nie jest tak ze janek przez cala kariere swoja byl efektownym zabijaka. wiele razy dostarczal powodow do przewracania oczami. oczywiscie perspektywa teraz jest zupelnie inna patrzac na jego ostatnie 7 walk.

    • Bartłomiej Stachura

      20 listopada 2019 at 09:57

      Nie, nie, nie. Chodzi o to, że różni zawodnicy różnie mogą zasłużyć na to, aby nie rugać ich za niepowodzenia. Gaethje zasłużył na to morderstwami i wojnami. Janek porzuceniem ciepłego gniazda i tymi kilkoma świetnymi walkami dodatkowo.

      • aliendeg

        20 listopada 2019 at 10:19

        o kurde, ja się nie zgadzam kompletnie. bo moglibyśmy pod niebiosa wynosic Joanne tak, traktując jej medialną kreację jako potknięcie. w sporcie jestes tak dobry jak twoje ostatnie kilka miesięcy. jeśli janek skonczy kariere i bedziemy pisac podsumowania, to sprawa wyglada inaczej. ale teraz nalezy go po prostu rozliczac z tego jak wystepuje w oktagonie (i jak medialnie zmierze w kierunku swoich celow ale to inna sprawa). oczywiscie ja nie mam zamiaru (jako fan) odwracac sie od niego, odbierac jego osiagniec ale wygral ledwo (na trudnym terenie, wiec to dziala na jego korzysc) prezentujac przez zbyt duza czesc walki forme jaka pokazywal w najgorszych czasach w UFC. wedlug mnie nie powinno sie tego przyslaniac decyzjami z przeslosci bo wchodzimy troche w swiat Conora McGregora ktora co 2 miesiace ma jakas rocznice do celebrowania z czasow gdy byl aktywnym fighterem.

        • Bartłomiej Stachura

          20 listopada 2019 at 10:39

          Ale, ale! To sprawa znacznie bardziej złożona, bo tych wszystkich elementów jest tu masa. Conorowi nikt nie odbierze tytułów, chwały, zmiany oblicza MMA. I ok. Jednocześnie też zeszmacił się medialnie, prawnie (prawdopodobnie), a i sportowo bieduje. Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę, żeby go ocenić.

          Janek pod tym względem jest w zasadzie krystaliczny. Tzn. gdyby mu przebaczyć to zdjęcie z Wałęsą… :D Czyli – zaryzykował, dał masę radości kibicom, spisał się lepiej niż sądzono (ja się nie spodziewałem przynajmniej), a do tego jest mega równym gościem. Dlatego – jeśli nagle się nie zmieni o 180 stopni, w co wątpię – należy mu się wielki szacunek, który z pkt. widzenia fanowskiego powinien też moim zdaniem odbijać się na poziomie krytyki, jaki go spotyka za potencjalne potknięcia. Czyli, cytując: „Przeszłość nie musi determinować oceny, ale powinna wpływać na stopień potencjalnej krytyki.”

          Nie znaczy to broń Boże, że trzeba go tylko poklepywać po plecach. Można, a wręcz należy wypomnieć tę nieśmiałość w dystansie, cofanie się prosto na siatkę, krążenie pół metra od niej czy nieumiejętność zrywania klinczu.

          W skrócie – są zawodnicy, którym z takiego czy innego powodu wybaczamy więcej. Janek to jeden z nich.

  2. Bones El Jones

    20 listopada 2019 at 09:50

    Świetny tekst 👌
    Co do Janka i jego początków z UFC tłumaczyłbym to w bardzo prosty i logiczny sposób.
    W KSW był „gwiazdą”, wygrał w tej organizacji aż 17 pojedynków, o ile dobrze pamiętam wychodził do klatki w zbroi, nawet chyba raz wyjeżdżał czołgiem po prostu był absolutnym Top’em, potem przyszło ufc gdzie stał sie kompletnym szaraczkiem na nikim tam nie robiły wrażenia jego wcześniejsze dokonania, do tego musiał odstawić wszystkie bądź większość „suplementów” 🤭 które mu towarzyszyły we wspomnianym KSW gdzie to naprawdę nie jest takie łatwe, a przecież Level przeciwników wzrósł i to znacznie. Potrzebował czasu by to wszystko strawić, mozemy porównać jego przygodę z UFC do dobrego wina.
    Owszem walka z Jacare obnażyla luki w grze Janka(bądź o nich przypomniala), ale zwycięstwo było w pełni zasłużone.
    Dla mnie Janek ma dożywotni szacunek za opuszczenie wygodnej posady w KSW na rzecz prawdziwej kariery, a w UFC osiągnął wiele.

  3. cesellolaroma

    20 listopada 2019 at 15:29

    Kiedy najbliższe Lowkin’Talkin? Generalnie to byłoby fajnie, gdyby informacja o tym była umieszczana dzień, czy dwa wcześniej. A tak odświeżam i odświeża m tę stronkę, a później i tak mnie zaskoczy:)

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply