Joanna Jędrzejczyk pogardziła rolą oktagonowego matadora

Joanna Jędrzejczyk poszła na wojnę z Weili Zhang, zyskując chwałę i uznanie całego świata, ale walkę kończąc na tarczy z makabryczną opuchlizną.

Joanna Jędrzejczyk przystała na warunki walki zaproponowane przez mistrzynię kategorii słomkowej Weili Zhang – w co-main evencie gali UFC 248 w Las Vegas poszła z Chinką na wojnę.

Pomimo iż znacznie bardziej techniczna od chociażby Jessiki Andrade, chińska zawodniczka nigdy nie stroniła od ostrych wymian w półdystansie, które natomiast nie były domeną olsztynianki. A tymczasem w sobotę wieczorem Joanna Jędrzejczyk równie chętnie oddawała pole Weili Zhang jak kilka miesięcy temu Michelle Waterson – czyli niechętnie.

W rezultacie szalonych wymian w półdystansie, gdzie długodystansowe bronie Polki zdawały się na nic, było od groma. Obie zawodniczki odpalały kombinacje składające się z kilku ciosów, które Polka notorycznie kończyła kopnięciami, najczęściej niskimi. Notowała w tym obszarze sporo sukcesów, ale jednocześnie sporo kopnięć przypłaciła soczystymi uderzeniami na głowę.

Byłem zaskoczony. Nie spodziewałem się, że Polka tak ochoczo wymieniać będzie się z Chinką potężnymi ciosami. Wydawało się, że Jędrzejczyk spróbuje żwawo hasać do lewej i prawej, trzymając mniejszą mistrzynię na dystans pięści i kopnięć, ostrzeliwując ją z dystansu. Dzięki temu jednak, że Jędrzejczyk wybrała jatkę, fani Just Bleed – czyli każdy przyzwoity człek – otrzymali niezapomnianą rzeź, w której taktyka, technika i defensywa zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca niczym nieskrępowanej ofensywie i agresji.

Nie pomyliła się Valentina Shevchenko, która oceniła, że co-main event UFC 248 – z pełnym szacunkiem dla jej bohaterek! – był raczej wojną charakterów niż wojną umiejętności. Od strony techniki w uznanym gremialnie za dramatycznie słaby pojedynku z Yoelem Romero Israel Adesanya pokazał więcej smaczków kickbokserskich niż chińsko-polski duet w szalonym, nafaszerowanym morderczymi wymianami jak wielkanocna baba rodzynkami co-main evencie.




Z perspektywy wyniku, taktyka Polki nie okazała się skuteczna – walkę wszak przegrała. Nie ulega co prawda wątpliwości, że werdykt jak najbardziej mógł pójść na jej korzyść, ale tak się nie stało i trudno mimo wszystko mieć o to do sędziów pretensje – tak wyrównany był to pojedynek. Kopnięcia Jędrzejczyk stały się z czasem przewidywalne, podobnie z regularnie powtarzanymi kombinacjami.

Joanna nie była matadorem, jak wielu – w tym niżej podpisany – się spodziewało. W oktagonie spotkały się dwa byki.

Pomimo czwartej już z rzędu porażki w mistrzowskim boju notowania Joanny Jędrzejczyk – te sportowe i te medialne – nie spadły nawet o jotę. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wzrosły. Innymi słowy, polska zawodniczka jest prawdopodobnie o jedno li tylko zwycięstwo od powrotu do rozgrywki mistrzowskiej w kategorii słomkowej – szczególnie że przedłużają się problemy zdrowotne Tatiany Suarez.

Z drugiej natomiast strony, nie ukrywam, że makabryczna opuchlizna, która kompletnie zdeformowała twarz olsztynianki, zmusza do zadumy nad słowami Islama Makhacheva. Dagestańczyk stwierdził po walce, że „ten sport nie jest dla kobiet”, szybko zresztą pod wpływem lawiny krytyki, jaka spadła na niego z pozycji równościowych i politpoprawnych, go usuwając. Oglądając zmasakrowane twarze Zhang i Jędrzejczyk, wcale nie trzeba konstatować: „więcej!”.

Oktagonowe szachy

Nie zdziwiła mnie w najmniejszym stopniu taktyka, z jaką Israel Adesanya i Yoel Romero weszli do oktagonu w walce wieczoru. Jak rozpisywałem się w analizie przed galą, spodziewałem się powtórki z potyczki Żołnierza Boga z Luke’iem Rockholdem – przynajmniej pod kątem strategii obu zawodników. Pewnikiem było, iż Nigeryjczyk spróbuje tańczyć wokół Kubańczyka, gnębiąc go długodystansowymi atakami, a pretendent będzie oszczędny w ruchy, konserwując energię na krótkie szarże czy próby zapaśnicze – właśnie jak z Rockholdem.

Pech – z perspektywy czasu – jednak chciał, że mistrz w pierwszej rundzie zainkasował potężnego lewego cepa na głowę, po którym wykastrował swoją taktykę z wszelkich elementów ryzyka, podchodząc do pojedynku w do cna wyrachowany sposób.

Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że w walce tej brakowało emocji. Wbrew komentatorom, którzy harowali jak źli, aby wysłać ludzi do łóżek wczesnym niedzielnym rankiem, atmosfera w oktagonie była gęsta. Nawet pomimo deficytu ostrych spięć takową być musiała. Nigeryjczyk – z pełną rezerwą dla jego odpychającej kreacji medialnej i przewrażliwienia na własnym punkcie – to bowiem najzwinniejszy, najelegantszy i prawdopodobnie najlepszy technicznie uderzacz w całym UFC, podczas gdy Żołnierz Boga to bestia – rzeźnik, który jest w stanie skończyć walkę w każdym momencie na wiele różnych sposobów.

Wielu śmiało się z poniższego nagrania, ale… Bóg mi świadkiem, że jest coś urzekające w sposobie poruszania się obu zawodników – niebywała gracja w ruchach Adesanyi i zwierzęca dynamika u Romero.

Obaj zawodnicy nie szczędzili sobie uprzejmości po zakończonej jednogłośnym zwycięstwem Nigeryjczyka walce, nawzajem oskarżając się o jej unikanie. I obaj mieli w pewnym stopniu rację.



Z buńczucznych zapowiedzi mistrza nic nie wyszło. Zapowiadał, że nie lęka się postrachu dywizji, będąc przekonanym, że pokaże mu miejsce w szeregu, a tymczasem w oktagonie walczył z nabożną wręcz czcią wobec kowadeł w pięściach rywala, chwilami bezceremonialnie biorąc nogi za pas.

Kubańczyk z kolei ograniczył zrywy do kilku ledwie na rundę – może poza ostatnimi pięcioma minutami, w których był nieco agresywniejszy – długimi fragmentami skupiając się niemal wyłącznie na defensywie. Czyhał, czyhał i czyhał – aż skończyła się walka.




Znający powinność swej promotorskiej służby sternik UFC Dana White stanął co prawda murem za Nigeryjczykiem, winą za przebieg walki obarczając wyłącznie Kubańczyka, ale mleko się rozlało. Sympatii wśród fanów – pamiętających na ogół tylko ostatnią walkę i przez jej pryzmat postrzegających zawodników – The Last Stylebender w Las Vegas sobie nie zjednał.

Póki co strojący się od dawna w pióra nierozumianego przez motłoch geniusza, ale wrażliwy na najmniejszą choćby krytykę – choć jednocześnie ostentacyjnie zarzekający się, że ma na nią wyjebane – Nigeryjczyk poświęca się bez reszty medialnym ekscesom intelektualnym, na rozmaite sposoby próbując przekonać świat, że jednak wcale nie było tak źle – przynajmniej po jego stronie.

Cała nadzieja w Paulo Coście.

Obstawiaj wszystkie walki UFC na PZBUK i odbierz darmowy zakład 50 PLN

*****

„W moich oczach Joanna jest mistrzynią” – Conor McGregor wspiera Joannę Jędrzejczyk

Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.

1 Comment

  1. Konewa

    10 marca 2020 at 18:13

    Gdzieś mam „pozycje równościowych i politpoprawnych” , ale takich rzeczy (jak Islam) po prostu nie pisze(mówi) się po takiej walce jak ta! Obie Panie zostawiły w octagonie kawał serca i zdrowia. Pokazały charakter i umiejętności. Taka wypowiedz deprecjonuje to wszystko. Fuck Islam!

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply