Jak oni uderzają #9 – dlaczego Holloway zajdzie daleko?

Max Holloway to bez wątpienia jeden z największych talentów ostatnich lat, które pojawiły się w kategorii piórkowej.

Mający zaledwie 23 lata uderzacz już dziś znajduje się w rankingu UFC na miejscu dziesiątym, a od debiutu w 2012 roku zanotował świetny bilans ośmiu zwycięstw i trzech porażek. Warto się nad tymi ostatnimi pochylić, aby uświadomić sobie, że jeśli Max przegrywa (o ile przegrywa, o czym za chwilę), to z nie byle kim i nie byle jak.

Pojedynek z Dustinem Poirierem, zmierzającym wtedy do konfrontacji ze ścisłym topem dywizji, Hawajczyk wziął w zastępstwie. W wieku 20 lat, mając za sobą tylko cztery zawodowe walki, sprawił na tyle duże problemy reprezentantowi ATT w preferowanej przez niego stójce, że ten zmuszony był szukać parteru, gdzie poddał całkowicie zielonego jeszcze w tej płaszczyźnie Maxa.

Kolejne przegrane starcie, z Dennisem Bermudezem, to pokaz niekompetencji sędziowskiej. Większość pojedynku Holloway zdominował w stójce, gdzie raz po raz pokazywał byłemu uczestnikowi TUFa, całkiem sprawnemu przecież uderzaczowi, że obrotówki na korpus i głowę to wcale nie są przyjemne rzeczy. Max zaprezentował także bardzo dobrą obronę obaleń, strasząc przy okazji gilotyną, którą za jakiś czas ukarany zostanie Andre Fili. Prawdopodobnie nikt, poza sędziami obecnymi wówczas na hali, nie punktował tej walki dla wywodzącego się z zapasów Bermudeza.

Następnie doszło do starcia z Conorem McGregorem, ponownie w rezultacie zastępstwa. Chociaż wszyscy zachwycają się występem Irlandczyka, który w drugiej połowie walki z uszkodzonym wiązadłem obalał Hollowaya, to powszechnie ignorowanym zdaje się fakt, że Max od samego początku musiał zmagać się także ze złamaną stopą, co pozbawiło go praktycznie jego świetnych kopnięć i doprowadziło do stłamszenia przez obecnego pretendenta. Gwoli ścisłości – uważam, że na ten moment Conor również jeszcze zwyciężyłby z Amerykaninem, ale nie sądzę, żeby starcie było aż tak jednostronne. Dodatkowo warto wspomnieć, że jedyne uderzenie, które w jakikolwiek sposób naruszyło McGregora w UFC pochodzi z piszczela Błogosławionego, który złapał go mocnym high kickiem w trzeciej rundzie.

Co w takim razie można zarzucić bohaterowi tekstu? Trzy rzeczy. Jednej raczej nie poprawi – to przeciętna siła ciosu. Nadrabia ją jednak intensywnością i umiejętnościami technicznymi, do których zaraz przejdę. Druga to obrona obaleń – w chwili obecnej znajduje się na całkiem niezłym poziomie i z walki na walkę staje się coraz lepsza, ale musi upłynąć jeszcze trochę czasu (lub musi dojść do zmiany klubu na większy niż lokalny gym Maxa), zanim Blessed będzie mógł bez poczucia żadnego skrępowania wjazdem w nogi walczyć z Chadem Mendesem. Trzecia to wspomniane miejsce treningów – obawiam się, że Holloway’owi może być ciężko przeskoczyć pewien, obecnie już przecież wysoki poziom, jeśli w kółko będzie sparował i uczył się od jednego trenera, jego szwagra i kuzyna. Nie wiem natomiast, czy spokojne pierwsze rundy zapisać na poczet wad czy zalet – bada rywali niczym Jose Aldo czy Anderson Silva, ale zwłaszcza na przestrzeni trzech rund ryzyko utraty jednej może słono kosztować.

Trzeba mieć szybkie ręce

Max przeszedł metamorfozę z zawodnika, który próbował skończyć wszystkich kopnięciami rzucanymi z bardzo dużą częstotliwością, w nieco bardziej wyrafinowanego boksersko zawodnika, któremu ręce służą już nie tylko jako droga do wypracowania kolejnego latającego kolana, ale także broń równie dobra co nogi. Jego boks zawiera całkiem sporo ciekawych rzeczy, o których warto wspomnieć. Pierwsza z nich to bardzo ładne używanie prostego prawego – zarówno jako pojedynczej „bomby”, jak i metody inicjowania kombinacji. Warto szczególnie zwrócić uwagę na to, że w drugim gifie cały czasy napiera na rywala, by zamknąć go pod siatką – ważny element w jego grze, o którym wkrótce szerzej się wypowiem.

Nie samymi ciosami prostymi Max sieje zamęt. Warto zwrócić uwagę na to, że w ostatnim starciu dorzucił do swojego arsenału nowe zabawki, do których wcześniej raczej się nie odwoływał. Są to między innymi rzucany pojedynczo hak zaprezentowany na pierwszym gifie. Wyprowadzany ze specyficznego kąta długi cios jest raczej póki co ciekawostką, ale duża rola tego uderzenia w MMA sprawia, że już wkrótce być może Max kogoś w taki sposób uśpi. Po raz kolejny ruch ten został użyty, aby najprawdopodobniej zainicjować kombinację – co prawda nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, ale warto zwrócić uwagę na ładne skrócenie dystansu i natychmiastowe odejście, dzięki czemu Cole Miller nie miał żadnego miejsca na kontrofensywę. Dodatkowo Max widocznie lubi Roy’a Nelsona, bo zaczął używać overhandu, którego destrukcyjność jest oczywista.

Trzeba wiedzieć, jak wykorzystywać szybkie ręce


Kontry odgrywają w stylu walki Hawajczyka coraz większą rolę. Ich najbardziej podstawową postacią są pojedyncze ciosy, którymi w zarodku hamuje akcje rywali, a także daje sugestię, że kolejne ataki mogą skończy się znacznie gorzej. Uderzenia te zadawane są często w ruchu, dzięki czemu są trudniejsze do wyłapania przez przeciwników oraz dezorientujące. Chociaż Max zrezygnował już w dużej mierze z masakrowania korpusów rywali samymi uderzeniami na tę część ciała, to nie zapomina o wkręcaniu ładnego haka rodem z bokserskiego ringu, co widać na przedostatnim gifie. Kończąca powyższy zestaw akcja to bardzo ładnie wykonany karzący – i mocny! – sierp na szarżującego rywala, którego nie powstydziłby się Luke Rockhold, u którego to ten ruch stanowi najczęstszą i w gruncie rzeczy najlepszą kontrę.

Max całkiem dobrze atakuje rywali, którzy rzucają powolne lub nieukryte za żadną bokserską akcją low kicki. Nie są to uderzenia, które odcinają innym zawodnikom świadomość, ale dobrze sprawdzają się, aby jeszcze bardziej sterroryzować oponenta. Na pierwszym gifie grzechem również byłoby nie wspomnieć o tym, że Holloway cały czas pamięta o podstawach wyniesionych z bazowego kickboxingu – klasycznym blokiem ratuje się przed sierpem Cole’a po skontrowaniu low kicka.


Doskonałe wyczucie dystansu oraz timing pozwalają Maxowi na trochę szaleńst – czasem kontruje. Miller, który był już pod kątem czasu reakcji rozczytany przez Maxa, został złapany idealnym pod kątem wyczucia czasu high kickiem i tylko przyzwoita defensywa pozwoliła mu uniknąć uderzenia, które być może skończyłoby walkę. Tak z kolei (drugi gif) skończyłby się świetny middle kick kontrujący jab na korpus, gdyby nie fakt, że ofiara Holloway’a z tego pojedynku posiada prawdopodobnie tytan zamiast szczęki. Trzeci gif to dosyć brutalny sygnał dla i tak już porozbijanego Clay’a Collarda, że zwyczaj zbliżania się bez żadnej akcji należy bardzo szybko wyplenić. A czwarty gif to kolejna ładna akcja po uniku – tym razem jednak nieco dłuższa. Dobrze wspomnieć również o tym, że mocno szukający klinczu Miller był po akcjach Holloway’a odpychany, co mocno mu uzyskanie tej płaszczyzny utrudniało. Wróćmy jednak do typowo pięściarskiego repertuaru…

Jednym z najbardziej zasługujących na pochwałę elementów w boksie Amerykanina jest sposób pracy głową. Holloway nie tylko używa pracy głową w defensywie, ale także świetnie nią porusza przy atakowaniu kombinacjami, przez co bardzo trudno przerwać jego atak, a jeszcze trudniej sensownie skontrować. Poza tym mało który inny piórkowy wdaje się w „bijatyki”, samemu wychodząc z nich bez szwanku, raniąc za to rywala – jedyny, który przychodzi mi obecnie na myśl to Conor McGregor, przy czym on preferuje nieco inny sposób prowadzenia walki.

Mój brzuch…


Przejdźmy do zdecydowanie wyróżniających zagrań w arsenale tego świetnego uderzacza – ataków na korpus, w których Błogosławiony gustuje. Chętnie odwołuje się do middle kicków, zarówno w ramach dłuższej akcji, jak i w postaci pojedynczych uderzeń. Bardzo dobrze radzi sobie po zapędzeniu rywali pod siatkę. Widać to na trzecim gifie z pojedynku z Millerem. Zamykająca powyższe gify kombinacja ze starcia z Willem Chope to absolutne mistrzostwo świata i pokaz kreatywności kickboksera, który potwierdził bardzo dobitnie fakt, że wysocy zawodnicy nie lubią się z uderzeniami na korpus. O ich zaletach nie trzeba chyba wspominać – możliwość znokautowania ciosami w wątrobę, pogorszenie się kondycji, trudność do wybronienia (przynajmniej wtedy, gdy uderza je ktoś tak szybki jak Max)…

W pojedynku z McGregorem Maxowi podjęcie sensownej ofensywy utrudniały między innymi kopnięcia na uda i kolana. Zamiast jednak nabrać do nich awersji samemu zaczął się do nich odwoływać. Nikomu kolana tak raczej nie przetrąci, ale dobrze różnicują i tak niezwykle szeroki arsenał technik nożnych oraz pozwalają zmusić rywala do wycofywania się.


Inny wyróżnik tego rewelacyjnego uderzacza to wyśmienite obrotowe kopnięcia na korpus. Używa ich na bardzo wiele sposobów, między innymi do odpychania rywali oraz osłabiania ich tułowia, ponieważ jak zapewne wie każdy, kto dostał takim kopnięciem, nie są one niczym przyjemnym dla mięśni brzucha… Tym bardziej, jeśli są niespodziewane, a temu bez wątpienia służy cios prosty jako chyba najczęstsza zasłona dla akcji tego typu. Ostatni gif ukazuje moment przełomowy dla walki z faworyzowanym Filim – od tego kopnięcia szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Holloway’a.

Za wszystkim stoi jakaś idea

Walka z obu pozycji staje się powoli coraz powszechniejszą umiejętnością wśród co lepszych uderzaczy – wystarczy wymienić TJa Dillashawa czy Jorge Masvidala. Do tego grona zalicza się także Blessed, który nie tylko dzięki temu komplikuje życie rywalom, ale potrafi również twórczo używać tego rozwiązania. Zmienia pozycje, wycofując się, tuż przed atakiem… Dwa powyższe gify ukazują bardzo ofensywne wykorzystanie odwrócenia postawy – na pierwszym po zmianie dochodzi do ataku wolnym prostym, co otwiera drogę do efektownej kombinacji. Na drugim zaniechane kopnięcie staje się okazją do zapchania Collarda pod siatkę i zaatakowanie go latającym dziwadłem.


Skoro już poruszyłem temat posyłania rywali w kierunku siatki, to wypada wspomnieć, że to jedna z podstawowych taktyk stosowanych przez Amerykanina. Wiadomo, jakie korzyści niesie atakowanie kogoś opartego plecami od siatkę – brak możliwości uciekania do tyłu, łatwiejsze zamykanie zejść na boki czy bardzo utrudnione wyprowadzanie mocnych kontr (Robbiego Lawlera kończącego Melvina Manhoefa pomińmy jako wyjątek od reguły). Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Holloway, który najmocniejsze ciosy zadaje, mając oponenta właśnie pod nią. Z tego powodu bardzo często mocno rusza do przodu, wyprowadzając ciosy, aby następnie móc w spokoju pracować nad rozbiciem rywala. Często też próbuje odwoływać się wtedy do co bardziej ryzykownych akcji, ponieważ zdaje sobie sprawę, że zdecydowanie trudniej przed nimi uciec. Obrotówki, backfisty czy po prostu bardziej typowe kopnięcia – takie są alternatywy od gradu ciosów na głowę i korpus. O tym, jak wycieńcza takie „masakrowanie”, wspominać chyba nie trzeba – Fili trenujący ze specjalistami od gilotyn, będąc udręczonym kolejnymi ciosami tego rodzaju, rzucił się do desperackiego, niedbałego obalenia, które przypłacił poddaniem.

Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że Max Holloway to ktoś, kto nie zdarza się często. Błyskawicznie rozwijający się młodzieniec ma przed sobą świetlane perspektywy, jeśli tylko utrzyma takie tempo progresu. Pojedynek z Cubem Swansonem to sensowny krok w drabince, szkoda jedynie, że Max ma zaledwie 2 miesiące na regenerację i przygotowanie pod tak wymagającego rywala. Sądzę jednak, że Błogosławiony udowodni, że uważanie go za jednego z najlepszych uderzaczy w dywizji jest w pełni uzasadnione i zada porażkę niezwykle dynamicznemu podopiecznemu Grega Jacksona. Ta walka ciekawi mnie nawet bardziej niż doskonały przecież main event.

fot. ZUFFA / UFC.com

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply