Rzeźnik Franciszek i dziadyga Dean – czyli sześć wniosków z UFC 218


Jak zapamiętamy galę UFC 218 w Detroit? Oto podsumowanie wydarzenia w formie sześciu najważniejszych zeń wniosków.

To była sroga gala. UFC 218 w Detroit dało nam trzy nieprawdopodobne wojny, jeden z najcięższych nokautów w tym – i nie tylko tym – roku oraz najwyższych lotów techniczną wirtuozerię w walce wieczoru. Innymi słowy – działo się!

Obszernie o UFC 218 opowiedziałem w videocascie Lowkin’ Talkin’ MMA w dwóch poniższych transmisjach, do których raz jeszcze zapraszam.

Gdybym musiał jednak skupić się na najważniejszych wnioskach z gali, wskazałbym na następujące sześć…




Aldo nadal potrafi kopać – na Hollowaya nie wystarczyło

Jak zapowiadał, tak uczynił, czyli – nadal potrafi! W walce wieczoru Jose Aldo wyprowadził bowiem najwięcej lowkingów od czasu swojej walki z Ricardo Lamasem w 2014 roku. Potraktował Maxa Hollowaya łącznie dziewięcioma niskimi kopnięciami – i wszystkie doszły celu, co potwierdza tezę, że Hawajczyk naprawdę w tym elemencie kuleje.

I, owszem, w drugiej rundzie po serii trzech niskich kopnięć – w tym jednego w kombinacji! – Brazylijczyk po raz pierwszy zmazał uśmiech z twarzy mistrza, czego nie widziałem od… starcia Błogosławionego z Conorem McGregorem! Wydawało się wtedy, że pomimo widocznego już w końcówce pierwszej rundy zmęczenia Aldo może przejmować stery pojedynku w swoje ręce. Jeszcze dwa, trzy celne lowy i Holloway być może zmuszony był zmienić pozycję na odwrotną – czyli przegrać wojnę psychologiczną.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Max zdzierżył, a jego prowokacje z pierwszej rundy – po których w drugiej jej części Jose kompletnie zapomniał o wyrachowanym planie na walkę, zamiast pojedynczymi prostymi szaleńczo atakując drenującymi w zastraszającym tempie jego kondycję sierpami – przyniosły rezultaty w kolejnych. Brazylijczyk, ostrzeliwany też ciosami na korpus, z każdą minutą opadał z sił.

Jego balans głową nadal był rewelacyjny – najlepszy w całym UFC? – ale nogi już przestawały nadążać. Stał się statycznym celem. Zasypywany uderzeniami pod siatką, unikał 90% z nich – Holloway przyznał na konferencji prasowej po gali, że irytowało go to tak bardzo, że w pewnej chwili pomyślał o obaleniu – ale pozostałe 10% siało spustoszenie. Ostatecznie Błogosławiony dopełnił dzieła zniszczenia uderzeniami z góry w parterze – jak w pierwszej walce.

Brazylijczyk niby ma na karku tylko 31 lat, ale jest już mocno wyeksploatowany pod względem fizycznym. Tym niemniej, jeśli zdecyduje się nadal walczyć – już o niższą stawkę, bo trylogii z Hawajczykiem nie dostanie – nadal faworyzowałbym go z każdym poza Hollowayem. Przeprowadzka do kategorii lekkiej? Co najwyżej w celu walki z Anthonym Pettisem.

Max zapowiedział z kolei, że jego celem jest szlifowanie rekordów w kategorii piórkowej, wobec czego nie robi mu większej różnicy, czy w kolejnej potyczce stanie w szranki z Frankiem Edgarem, czy też Cubem Swansonem, o ile ten pokona w sobotę Briana Ortegę i podpisze nowy kontrakt z UFC.

Na 12. z rzędu wiktorię Hawajczyka zareagował nawet jego ostatni pogromca, czyli Conora McGregor, ale emerytowany Irlandczyk już jakiś czas temu przedłożył aspekty finansowe ponad sportowymi – a Błogosławiony ma wyłącznie do zaoferowania te pierwsze, więc…

Rzeźnik Franciszek odkrywa kolejne sekrety

Francis Ngannou zafundował Alistairowi Overeemowi jeden z najcięższych nokautów w karierze – jeśli nie najcięższy! Sztuka to nie lada, bo Kameruńczyk miał nie lada konkurencję – Holender w MMA przez nokauty przegrywał już bowiem wcześniej aż 10-krotnie.

Nigdy nie wątpiłem w talent Predatora – czego dowód w linku poniżej – ale też nigdy nie ukrywałem, że te poprzednie ekspresowe zwycięstwa najzwyczajniej w świecie nie pozwalały na dokładne przyjrzenie się jego oktagonowym umiejętnościom.

Oni w 2016 roku podbiją UFC – kategoria ciężka

Z każdą jednak walką widzę coraz więcej – a to, co widzę, jest dobre. W starciu z Reemem potwierdził nie lada tężyznę fizyczną, doskonałą kontrolę w klinczu – Holender, który sam słynie przecież z morderczej pracy klinczerskiej, był pod siatką kompletnie bezradny – oraz przede wszystkim zademonstrował świetne kontry. Tą ostatnią umiejętnością Kameruńczyk błysnął już w konfrontacji z Andreiem Arlovskim, ale teraz potwierdził, że nie było w tym krzty przypadku. Ba, teraz ściął Overeema swoją słabszą ręką, czyli lewicą!

To może rzeczywiście dysponuje najcięższym ciosem na świecie i wszystkie te boksery mogą się schować?

Jego starcie ze Stipe Miocicem zapowiada się epicko od strony sportowej – bo od strony sprzedaży PPV pewnie 400 tysięcy to absolutne maksimum… Chyba, że pion marketingowo-promocyjny UFC zakasa rękawy i „coś” wymyśli.

A Holender? No cóż… W starciu z Juniorem dos Santosem wystrzegał się wymian w półdystansie jak ognia – i słusznie! A teraz? Poszedł był na wymianę bokserską już w jednej z pierwszych akcji! I nawet trafił kontrującą lewą, ale Ngannou zamortyzował uderzenie i wysłał go w kosmos.

Overeem zdążył już zapowiedzieć, że nigdzie się nie wybiera… I w porządku. Nazwisko nadal ma wielkie, więc Dana White i spółka nie będą mieli nic przeciwko, żeby zbudować na nim kogoś nowego.




Eddie Alvarez i Justin Gaethje nie zawiedli

Miała być wojna – i wojna była. Eddie Alvarez pokazał nie lada kunszt, bo pomimo iż przystał na warunki gry zaproponowane przez Justina Gaethje – dzięki czemu oglądaliśmy oktagonową rzeźnię w półdystansie – to jednak podszedł do tematu z głową, za cel obierając sobie przede wszystkim korpus zaprawionego w amortyzowaniu, blokowaniu, ostatecznie: przyjmowaniu ciosów na głowę rywala, fundując mu na minutę przed końcem starcia pierwszą zawodową porażkę.

A przy okazji, czy to nie zdumiewające, że zarówno statyczny jak sam skurwysyn Justin Gaethje, jak i mobilna jak sarenka Rose Namajunas trenują w tym samym klubie u Trevora Wittmana?

Co jeszcze ciekawsze, teraz wszyscy – większość? – łącznie ze mną, są mądrzy po fakcie, obwieszczając, że: ‚No, jak ten Gaethje mógł to wygrać, skoro on statyczny jak kłoda?!’. Z drugiej zaś strony – zawsze przecież walczył w ten właśnie sposób i wygrywał. I był też faworytem tego pojedynku.

Jego lowkingi siały rzecz jasna spustoszenie, zmuszając Alvareza do odwracania pozycji czy poszukania w pewnej chwili obalenia, ale ostatecznie to haki na korpus w wykonaniu Eddiego zaprocentowały w ostatniej rundzie, gdy Highlight ledwie już stał na nogach.

Tym samym Alvarez do swojej przebogatej kolekcji – bo pokonywał już mistrzów Strikeforce (Gilbert Melendez), WEC (Anthony Pettis), UFC (Rafael dos Anjos), Bellatora (Michael Chandler) i Dream (Shinya Aoki) – dokłada kolejny linearny tytuł mistrzowski, tym razem World Series of Fighting.

Herb Dean – ty… dziadygo!

To nie był wieczór sędziego Herba Deana.

Najpierw okradł nas z wojny Abdula Razaka Alhassana z Sabahem Homasim – rewanż odbędzie się na UFC 219 – a potem jak jakiś nowicjusz dał się nabrać na protesty Drakkara Klose, który nie potrafił zamknąć pod siatką mobilnego Davida Teymura, więc się wkurwił, stanął na środku oktagonu i narzekał, że jak to, kurwa, tak może być.

A dziadyga Herb w tę pędy, że w istocie „jak to tak może być?”. Szwed zdziwiony: „Ale co? Co?”. No a ten go wziął i ostrzegł, że następnym razem to punkt odejmie.

A taki stary wyga przecież…

Rekordowi Yancy Medeiros i Alex Oliveira

Nie pamiętam żadnego otwarcia gali KSW. Na palcach jednej ręki mogę też zliczyć wyjścia do oktagonu zawodników UFC. Mam to generalnie w głębokim poważaniu.

Jednak wyjścia Alexa Oliveiry są tak mocno nafaszerowane pozytywną energią, że… Nie powiem, żeby mi się gęba o tej 3 w nocy nie uśmiechnęła, gdy brazylijski Kowboj, roześmiany od ucha do ucha i gibający się na lewo i prawo, podążał w stronę oktagonu. Oryginalnego nagrania nie znalazłem, więc to poniższe musi Wam wystarczyć.

A przy okazji, Alistair Overeem jest drugim z tych nielicznych, którego wyjścia do walki elektryzują.

Największe brawa jednak oczywiście dla Yancy’ego Medeirosa, który przetrwał kanonadę Brazylijczyka szczególnie w pierwszej rundzie, ostatecznie fundując mu pierwszą w karierze porażkę przez nokaut w trzeciej.

Było to też pierwsze w historii UFC starcie, w którym obaj zawodnicy zaliczyli po dwa knockdowny.




Wyrugować kobiece MMA z gal UFC

Gdyby Dana White był słowny, gala UFC 218 mogłaby kandydować do miana gali roku, bo nie uświadczylibyśmy na niej aż trzech walk przedstawicielek płci pięknej, z których o dwóch nikt nie pamiętał po syrenie je kończącej, a z trzeciej wyniosłem – przynajmniej ja, jako człek prosty i nieskomplikowany – tylko odsłoniętą pierś Angeli Magany.

Na co tego tyle?

Po tej wymianie uprzejmości między Felice Herrig i Cortney Casey obie rzuciły… Nie – nadal nic się nie działo.

Nie wiem, na jakie zabawy i dyskoteki chodziliście, ale na tych, na których ja – nieszczególnie często, ale jednak! – bywałem za młodzieńczych lat, to naturalnym męskim odruchem było rozdzielanie bijących się niewiast, jeśli takowe akurat na imprezę z sobie znanych powodów zawitały. A teraz mam patrzeć i przyklaskiwać?

*****

Lowkin’ Talkin’ MMA #2 – podsumowanie UFC 218 i polskich gal


Bartłomiej Stachura | Twórca Lowkinga i człowiek odpowiedzialny za każdy element funkcjonowania portalu. Voldemort. Maniak analiz technicznych i felietonów, często cierpi na słowotok. W przerwach od MMA mąż i ojciec.






Dodaj komentarz na forum lub w polu poniżej (będzie również widoczny na forum)!


Nie jesteś zalogowany / zarejestrowany



Nie możesz pisać komentarzy



Wskazówka: Zaloguj się lub zarejestruj, by móc komentować i uzyskać wiele dodatkowych funkcjonalności!



    


  1. Pokazta mnie ta piers Angeli.

  2. 



  3. 


  4. Już tam pierś, komar pewnie ugryzł.